Winny Wtorek 22.11.2016 – Biała Australia

Biała Australia – temat zaproponowany przez autorów bloga Winne Przygody w ramach cyklu Winne Wtorki. Mierząc się z tą problematyką stwierdziłem, że będę unikał win z bardzo popularnych dla australijskiego winiarstwa odmian – Chardonnay, Riesling, Viognier. Aby sprostać wyzwaniu zasięgnąłem rady panów z Wines United, którzy są specjalistami od win z Antypodów. Pinot Gris, często niedoceniany szczep nie tylko w Starym Świecie, ale również w Australii. Winiarze podchodzą do niego bez ambicji, tworząc masowe i nudne wina. W uznanym regionie Adelaide Hills dominuje Chardonnay i Riesling, spotkać można Sauvignon Blanc, a nawet bardzo modnego ostatnio Grüner Veltlinera. Gdzieś tam nieśmiało przebija się do świadomości winiarzy i winopijców także Pinot Gris. Próbowane przeze mnie wino wypuszczone zostało właśnie przez projekt The Other Wine Co., należący do znanej winiarni Shaw+Smith, ale skupiony właśnie na mniej popularnych odmianach oraz terroirystycznym do nich podejściu.

 

W moim kieliszku znalazł się rocznik 2015. Wino okazało się dość aromatyczne, ale jednocześnie owoc (cytrusy, pieczone jabłko, agrest) oraz kwiatowa nuta nie są tu wyznacznikiem stylu. Na pierwszy plan wysunął się mokry kamień, szczypta ziół, odrobina pieprzu. W ustach zdaje się szlachetnie mineralne, ze świetną kwasowością, zbalansowane, a subtelna goryczka w końcówce dodaje mu tylko uroku.

Wino z The Other Wine Co. to bardzo dobry przykład ambitnego i jednocześnie niezwykle czystego Pinot Gris. Swoich odpowiedników może szukać wśród klasowych, niemieckich Grauburgunderów. Jak dla mnie jest dużo ciekawszym winem, niż wiele Pinot Gris z Alzacji, w których nie brak cukru resztkowego. Dzikie, pomarańczowe wina z tej odmiany, które znalazłem na Morawach, to już zupełnie inna opowieść.

W Winnym Wtorku 22.11.2016 wzięli udział:

1. Italianizzato
2. Czerwone czy białe?
3. Winiacz
4. Winne Przygody

 

Nie samym Shirazem Australia żyje.

Wydawałoby się, że pełny, dość mocno alkoholowy, owocowy Shiraz, ubrany w garnitur słodkiej, czekoladowo-waniliowej beczki, jest niezaprzeczalną wizytówką australijskiego winiarstwa. W pewnych kręgach wtajemniczenia pewnie tak jest. Jednak rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. Przede wszystkim Australia to ogromny kraj, wielkich, często pustych, przestrzeni. Klimat, warunki glebowe i co za tym idzie potencjał do uprawy różnych odmian winorośli jest tam dość zróżnicowany. Co więcej, australijscy winiarze, nieskrępowani tradycjonalistycznym podejściem, typowym dla Europy, sadzą dosłownie co im się zapragnie. W tym pozornym, jednak chaosie jest pewna metoda, nie są to bynajmniej przypadkowe nasadzenia. Nauka dość mocno wspiera rozwój winiarstwa, nie brakuje niezłych enologicznych placówek badawczych i uniwersytetów współpracujących z winiarzami.

Maciek Świetlik (Wines United) prezentuje jedno z najlepszych win warszawskiej degustacji. Torbreck Run Rig Shiraz 2007. Wino gęste, eukaliptusowe, z intensywną nutą mokki. Piękna rzecz, rzadka, droga, ale wykonana precyzyjnie w każdym calu.

O całej tej winnej różnorodności można było się przekonać 28 kwietnia dzięki dorocznej degustacji win australijskich w Warszawie (Wine Australia). W stylach i rodzajach wina można było rzeczywiście przebierać. Impreza też miała chyba bardziej kameralny przebieg niż zeszłoroczny przegląd, z którego relację przeczytacie tutaj. Nie zabrakło topowych Shirazów, takich jak Torbreck, czy Langmeil. Były niezłe, aromatyczne Viogniery – Yalumba seria Y. Dumnie napinały się Cabernety, Chardonnay i kupaże GSM. Pomiędzy nimi stały wina o włoskim pochodzeniuSangiovese, Vermentino, Fiano, wcale nie wstydząc się swojej proweniencji. Spory w tym udział włoskiej emigracji. I wszystko to wydawało mi się niezwykle ciekawe, a jednak gdzieś tam podświadomie nawet szukałem Rieslingów, które udają się w Australii całkiem nieźle. Zazwyczaj nie brakuje w nich świeżości i owocowości, zwłaszcza owoców tropikalnych, cytrusów. Znalazłem stoisko rodzinnej winiarni Pikes (Szczupaki) specjalizującej się właśnie w Rieslingach. Zwłaszcza wytrawny i mineralny „The Merle” z rocznika 2014 sprawiał bardzo dobre wrażenie. Wina są dostępne w Polsce dzięki importerowi Wine Express Limited.

Bardzo przyjemne i niezobowiązujące Rieslingi z Pikes Winery (Szczupaki). Polecam Wam zwłaszcza zieloną etykietę – „The Merle”.

Jednak wszystkie możliwe do spróbowania podczas dorocznej degustacji australijskie Rieslingi mogą się schować wobec petardy, która trafiła w moje ręce dzięki Maćkowi Świetlikowi z Wines United (Zakręcone Wina). Jeffrey Grosset to nazwisko wobec, którego żaden świadomy wielbiciel Rieslinga nie może przejść obojętnie. Jego wina takie jak Polish Hills, a także Springvale to prawdziwe dzieła sztuki, jeżeli chodzi o nowoświatowego Rieslinga. Więcej o Rieslingu Springvale z rocznika 2010 (30 rocznik wypuszczony z tej winnicy) posłuchacie w materiale video:

W degustacji win australijskich w Warszawie uczestniczyłem na zaproszenie organizatora. Wino Riesling Springvale 2010 od Grosset’a dostałem od importera.

Wina australijskie dla ambitnych.

Kilka lat temu wina z Australii wzbudzały we mnie jakieś emocje. Zwłaszcza gęste Shirazy, które stanowiły dla mnie synonim potężnego, dobrego wina. Podobnie postrzegałem też kalifornijskie Cabernety. Później pogłębiając swoją fascynację subtelnym, europejskim winiarstwem, ten przyciężkawy, nowo światowy styl przestał mnie fascynować. Aż do tego roku. Najpierw na Prowein przypomniałem sobie jak wspaniałe i wielowymiarowe mogą być amerykańskie Zinfandele, historię jednego z nich znajdziecie tutaj. Później dzięki dużej degustacji zorganizowanej przez Wine Australia w Warszawie w ramach Annual Trade Tasting. Miałem przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu zarówno w ramach degustacji komentowanej, jak i otwartej. Wisienką na torcie była dla mnie wizyta jednego z najlepszych moim zdaniem importerów win australijskich w Krakowie. Mowa oczywiście o panach z Wines United, którzy sprowadzane przez siebie butelki sprzedają pod szyldem Zakręcone Wina.

Nie zgadzam się z polityką australijskich organizacji winiarskich, w tym Wine Australia, które uważają, że zalewanie rynku marketowymi wyrobami marki Jacobs Creek, czy też Yellow Tail, przybliży konsumentom wina z Australii i spowoduje sięgnięcie po etykiety od lepszych producentów. Nie spowoduje. Jeśli opierałbym swoją opinię o poziomie australijskiego winiarstwa na bazie produktów tych dwóch mega wytwórni, to raczej odechciałoby mi się zgłębiania tematyki win z tamtych regionów. Zresztą po podobną retorykę sięga również California Wine Institute w odniesieniu do Carlo Rossi.

Zostawmy to jednak, wydarzenia w Warszawie i Krakowie były dla mnie o wiele ciekawsze niż przełamanie trendu spadkowego i nieznaczny wzrost eksportu win z Australii. Winiarstwo w tym kraju opiera się de facto o sprzedaż na rynki zewnętrzne. Dużo ważniejsza była możliwość poznania wielu dobrych i bardzo dobrych win z krainy kangurów, uświadomienie sobie, że te wina mogą się między sobą różnić, na zasadach jakie znamy ze Starego Świata. Są wśród nich wina terroir’ystyczne. A jednym z najlepszych producentów w tym nurcie, dostępnym w Polsce jest moim zdaniem d’Arenberg (McLaren Vale). Począwszy od ich najprostszej, a bardzo przyswajalnej linii The Stump Jump, poprzez wszystkie świetne etykiety z charakterystycznym, czerwonym paskiem (znak rozpoznawczy winnicy), aż po serię Icons, te wina nie męczą, nie nudzą się. Są na tyle charakterystyczne, że wśród kilkudziesięciu innych Shirazów, Chardonnay, Grenach z Australii potrafią przyciągnąć uwagę, pamięta się te wina.

bottle-deadarm

Na pewno dla mnie w Warszawie pojawiły się dwa doskonałe Shirazy i nie był to Penfolds, którego styl nazwałbym klasycznie ociężałym. Jednym z nich jest Dead Arm Shiraz 2010, ze wspomnianej już serii Icons. Wino gęste, pełne owocu, nut pieprznych i dymnych. Ciągle jeszcze sprawiające wrażenie młodzieniaszka dzięki żywej kwasowości świetnie współgrającej z powagą wina, nutami ziemistymi, wtopionej beczce. Zdecydowanie kieliszkiem tego wina powinno delektować się cały wieczór, a nie sporządzać szybkie notatki podczas degustacji. Ciekawa jest zresztą geneza nazwy tego wina, która pochodzi od choroby (grzyba), który sprawia że winorośl obumiera i pozostaje z niej właśnie takie zdrewniałe, martwe ramię (dead arm). W normalnej winnicy karczuje się takie nieproduktywne krzewy, jednak w d’Arenberg zauważyli, że takie egzemplarze dają niewielką ilość owoców, o niezwykłej wręcz koncentracji.

Drugi Shiraz, który wprawił mnie w zdumienie, był niedostępny w Polsce egzemplarz z St Mary’s Vineyard, rocznik 2012, region Limestone Cost. Bardzo czysty, troszkę kwiatowy nos, a w ustach gęsty owoc, z nutami ziołowymi i charakterystycznym porzeczkowym tonem. Podobnie jak Dead Arm, jest to wino mega złożone, trudne do wychwycenia niuansów w ciągu paru minut degustacji. Winnicę St Mary’s od d’Arenberg różni między innymi liczba wypuszczanych etykiet, zaledwie 5, skala produkcji. Jednak obie stosują tylko tradycyjne metody wytwarzania wina, w tym między innymi prasy koszykowe !!! Zresztą o trochę szalonym podejściu Chestera Osborna (d’Arenberg) i jego metodach kreacji wina znajdziecie tutaj.

10514166_843121522443132_3206634182821788888_o

A tymczasem w Krakowie, w Wine Barze Stoccaggio, również można było skorzystać z degustacji win z portfolio Wines United. Oczywiście tutaj atmosfera była już dużo bardziej kameralna, z prezentowanych win zaledwie 2 pochodziły od wspomnianego już d’Arenberg’a. Chardonnay Olive Grove 2012, z prawdziwą przyjemnością sięga się po taką interpretację beczkowanej Chardonki. Sporo nut brzoskwiniowych, troszkę miodowych, czy też kwiatu lipy, beczka zaledwie muśnięta, jest ale jakby jej nie było, przez co wino ani trochę nie traci na swojej sprężystości. Drugim był bardzo przyzwoity Grenache Custodian 2012. Bardzo drobne taniny, lekko zielona nuta, w tle przyprawy (kardamon?), a to wszystko obłożone świetnymi owocowymi aromatami – jeżynami, malinami i wiśnią.

11415341_986598954692709_5527052139369663264_n

Mógłbym jeszcze wspomnieć o innych producentach, innych etykietach, tylko po co, skoro dzieła Chestera Osborna sprawiają tak wiele przyjemności. Jednej rzeczy brakowało mi w prezentacji win zorganizowanej przez Wine Australia w Polsce. Sięgnięcia po taką Australię, jakiej sobie nie wyobrażamy, cały panel degustacyjny został zdominowany przez Shiraz, Cabernet Sauvignon, Chardonnay, Viogner, Riesling, GSM, zabrakło natomiast unikatów. Australijskie winiarstwo bardzo się zmienia, reaguje na potrzeby rynku i nie unika eksperymentowania. Sadzi się tutaj przecież odmiany włoskie, czy hiszpańskie, eksperymentuje z Gruner Veltlinerem. Tego wszystkiego zabrakło, było podręcznikowo, co nie znaczy, że nudno. Na szczęście Wines United próbowało pokazać coś nietypowego, a mianowicie dwa kupaże z winnicy Robert Johnson, czyli Dittico (Sangiovese + Shiraz) oraz mniej emocjonujące Trittico (Merlot + Sangiovese + Cabernet Sauvignon). Pierwsze wydało mi się czystsze, mniej przekombinowane, z wyraźnie zaznaczoną pieprznością Shiraza i jednocześnie nadającego mu lekkości, kwasowości i nut zielonych Sangiovese.

1

W Annual Trade Tasting (Wine Australia) uczestniczyłem na zaproszenie organizatorów, natomiast w degustacji w Wine Barze Stoccaggio, na koszt własny.