Winny Wtorek 07.03.2017 – czyli Chardonnay freestyle

W niniejszej edycji Winnych Wtorków wypowiadam parę słów na temat win z najpopularniejszej białej odmiany – Chardonnay. Dwa wina, oba francuskie, oba z tego samego rocznika (2014) i z bardzo umiejętnie użytą beczką. Pełen szacunek dla producentów: Jacques Girardin oraz Baud Pere & Fils.

Degustowane wina nabyłem drogą kupna – sprzedaży.

Pozostali uczestnicy WW, którzy zmagali się ze swoją sympatią lub antypatią do wszędobylskiej Szardonki:

Winniczek

Nasz Świat Win

Czerwone czy białe

Pisane winem

Winiacz

Santenay 1er cru „Le Beauregard” – Burgundia poważniej?

Są takie wina, po które sięga się z pewną obawą, niepewnością wręcz. Dotyczy to zwłaszcza chwil, kiedy próbuję kolejnego Pinot Noir. Otóż z Rieslingiem, nie mam takich niepokojów, no cóż wiadomo są lepsze i gorsze egzemplarze, są też całkiem słabe i te niepijalne. Jednak mozelski, czy też szerzej niemiecki, alzacki, czy też austriacki Riesling ma się świetnie i broni się nieźle. Z Pinotem jest gorzej. Ciężko jest zrobić z niego wielkie, porywające wino, często jest albo przeciętne i niczym się niewyróżniające, albo nie spełniające założeń pinotowatości. Za mało Pinota w Pinot Noir panie i panowie. Wspaniałe Pinot Noir oczywiście istnieją, w końcu to najlepsza czerwona odmiana na świecie, bez dwóch zdań i zazwyczaj te najwspanialsze są Burgundami. Tylko czemu te wszystkie udane, świetne i genialne egzemplarze są aż tak drogie? Czy nie mógłby ten Pinot Noir zejść trochę do ludzi, do maluczkich, pod strzechy? Nie mówię oczywiście, żeby otwierać co dzień butelkę Romanee-Conti, pewnie jedna przez całe życie byłaby spełnieniem.

Jednak mogłyby te Burgundy stać się bardziej przystępne, łatwiejsze w zdobyciu w kraju nad Wisłą. Ponieważ same do nas nie przyjdą i trzeba troszkę wysiłku włożyć w ich odkrywanie, polowanie na okazje, ucieszyłem się gdy Maciek Piątek (blog W Tango z Winem) namówił mnie na spróbowanie Pinot Noir z importu Win-Ko. Jak się okazało był to Pinot nie byle jaki, bo rodowity burgundczyk. Z samego serca złotego Côte-d’Or, z gminy Santenay przybył do nas, a na kieliszki można go spróbować w Nowej Prowincji na Brackiej w Krakowie. W winie tym: Santenay 1er cru „Le Beauregard”, czuć już powiew tego, o co chodzi w Burgundach. Właściciel kilku bardzo ciekawych i ambitnych siedlisk Vincent Girardin i jego winemaker Eric Germain, doskonale wiedzą jak oddać złożoność i unikalność poszczególnych burgundzkich miejscówek. Zdecydowanie ostrożna interwencja i minimalne użycie beczki sprawdza się doskonale. Nasz Pinot rósł sobie spokojnie na dość stromych zboczach o podłożu gliniasto-wapiennym. Wszystkie te techniczne szczegóły miały wpływ na to jak wypadł nam w kieliszku rocznik 2012, trudny ze względu na gradobicia.

Wino się zmienia, jest złożone. Około godziny spędziliśmy nad kieliszkami, za każdym razem pokazywało się z troszkę innej strony, zawsze bardzo eleganckie. Z początku można było wyczuć sporo suszonych ziół, owocowość zdecydowanie na drugim lub trzecim planie, ale w charakterze truskawki i czereśni. Ciało niezłe, jak na Pinot Noir zdecydowanie porządnie zbudowane wino, do tego żywa kwasowość sprawiała, że całość trzymała się świetnie.

1

Z czasem pojawiło się więcej nut leśnych i jagodowych. Finisz nie jest może, jakoś oszałamiająco długi, ale daje o sobie znać. Jeżyna, kująca i świeża, trochę agresywna ujawnia się z czasem. Na samym końcu wychodzą nuty słone, czuć w winie użytą beczkę, aromat kawy dominuje wino. W końcówce pojawia się sporo zielonych akcentów.

Takie wino można przemilczeć. Mógłbym napisać dwu zdaniowe podsumowanie. Czasami nie warto silić się na rozbudowane opisy świetnego wina. Pokusa jednak zwyciężyła, tak jak ja dałem się namówić Maćkowi na kieliszek tego Burgunda. Czy było warto, sprawdźcie sami.