Winny Wtorek 07.03.2017 – czyli Chardonnay freestyle

W niniejszej edycji Winnych Wtorków wypowiadam parę słów na temat win z najpopularniejszej białej odmiany – Chardonnay. Dwa wina, oba francuskie, oba z tego samego rocznika (2014) i z bardzo umiejętnie użytą beczką. Pełen szacunek dla producentów: Jacques Girardin oraz Baud Pere & Fils.

Degustowane wina nabyłem drogą kupna – sprzedaży.

Pozostali uczestnicy WW, którzy zmagali się ze swoją sympatią lub antypatią do wszędobylskiej Szardonki:

Winniczek

Nasz Świat Win

Czerwone czy białe

Pisane winem

Winiacz

Angielskie wina musujące – Gusbourne

Wina musujące to jeden z najwdzięczniejszych tematów, któż z nas nie lubi bąbelków. Drogie i prestiżowe szampany, przyjemne i estetycznie spójne cavy, czasem surowe, ale również emocjonujące sekty, czy nawet lekkie i radosne prosecco. W tym zestawieniu brakuje jednak win, które od lat podbijają winiarski świat, stały się prawdziwym przebojem i symbolem bąbelkowej ekstraklasy – wina musujące z Anglii.

Oczywiście w pierwszej chwili myśląc Wielka Brytania nie mamy przed oczyma krajobrazów obsadzonych winoroślą, również kultura spożywania trunków alkoholowych kojarzy nam się bardziej z piwem w stylu ale lub ewentualnie szklaneczką whisky. A jednak kraj ten znajduje się w czołówce producentów win musujących, przynajmniej jeśli chodzi o poziom proponowanych win, jak również ich ceny. Brytyjskie musiaki są po prostu drogie.

Kiedyś czytając o tych winach miałem wyobrażenie, że sadzi się w Anglii głównie odmiany hybrydowe, w tym tak uznawanego i w jakimś sensie wypromowanego przez Brytyjczyków Seyval Blanc. Na największych targach winiarskich na świecie - Prowein 2016 w Dusseldorfie przekonałem się jak mylne były te imaginacje. Wystawiali się tam głównie producenci z regionów południowo-wschodniej Anglii – Kent i Sussex, które w pewnym, bardzo dużym uproszczeniu zbliżone są geologicznie do Szampanii. Różnice wynikają przede wszystkim z dużo mocniejszego oddziaływania na te tereny Kanału La Manche i wybrzeża generalnie. W tym regionie w przeciwieństwie do Walii i Kornwalii stawia się przede wszystkim na klasyczne odmiany szampańskie – Chardonnay, Pinot Noir oraz Pinot Meunier. Powstające zaś wina generalnie mogą być blendem (w różnych proporcjach) wszystkich trzech odmian. Takie wino nazywa się zazwyczaj Cuvee, Cuvee Prestige lub Cuvee Reserve i jest podstawowym winem danego producenta. Oprócz tego często powstają Blanc de blancs (czyste Chardonnay) oraz Rose (które rzadko jest 100% Pinot Noir). To co od razu dostrzega się próbując angielskich win musujących to ich rocznikowość. Spora część win jest butelkowana jako vintage, a niektóre posiadłości w ogóle rezygnują z wypuszczania wersji non vintage (NV). Wynika to przede wszystkim z dużej zmienności roczników oraz bardzo indywidualnego podejścia do każdego wina. Winiarze nie szukają powtarzalności smaku (a tym samym marki), tak jak ma to miejsce w przypadku szampanów, ale pozwalają sobie na eksperymentowanie i szukanie w każdym kolejnym roczniku czegoś unikalnego. Przykładowo w słabym roczniku 2012 zabutelkowano 6 razy mniej wina niż w przypadku roku 2014 (dane z english wine producers).

Poniżej prezentuję Wam film z degustacji win od jednego z najbardziej robiących na mnie wrażenie producentów - Gusbourne Estate.

Same wina są po prostu pyszne, zwłaszcza Blanc de blancs z rocznika 2011, ze świeżym, cytrusowym (limonka, pomarańcza) aromatem i naprawdę świetną równowagą (kwasowość genialnie wkomponowana). Winnica znajduje się w Kent, nad brzegiem morza, a jej winemaker – Charlie Holland przykłada niezwykłą wagę do selekcji klonów winorośli, preferując te pochodzące z Burgundii, a nie z Szampanii. Nie śpieszy się również z wypuszczaniem kolejnych roczników, daje winu czas. Na Prowein 2016 prezentowany był rocznik 2011 i to był idealny moment dla tych win. Gusbourne zostało w roku 2015 wybrane angielskim producentem roku przez IWSC (International Wine and Spirits Competition).

Poza Gusbourne Estate kilku innych winiarzy również zaprezentowało świetne wina. Przede wszystkim jeden z czołowych producentów angielskich win musujących – Nyetimber. Jego Classic Cuvee 2010 pełen przypraw, ziół, migdałów i pieczonego jabłka mógłby być wzorcem dla niejednego szampana z górnej półki. Zresztą Nyetimber jest chyba najbardziej rozpoznawalną, cenioną i najczęściej nagradzaną marką angielskiego wina musującego na świecie. W pewnym stopniu symbolem sukcesów winiarstwa w Wielkiej Brytanii.

Również Ridgeview Estate z Sussex ze swoim ciekawym blendem Cavendish 2013 (przewaga Pinotów nad Chardonnay) robiło wrażenie. No i obok ich Blanc de blancs 2013 – bardzo mineralnego, wręcz kamienistego, nie można było przejść obojętnie.

Polecam jeszcze Hattingley Valley (wina bardzo ambitne) oraz Hambledon Vineyard (wina prostsze, ale sympatyczne). Natomiast zupełnie nie odnalazłem się wśród win „giganta” Chapel Down - raczej przeciętnie, największe wrażenie robił lekko słodkawy, pełen nut fermentacyjnych, nierocznikowy Pinot Noir w wersji Rose.

Jedyny problem w Polsce z angielskimi musiakami, poza oczywiście absurdalną czasem ceną niektórych win, to ich dostępność. Jest po prostu słaba. Często jednak jako naród jeździmy na Wyspy, warto więc przy okazji zapoznać się z osiągnięciami Brytyjczyków jeżeli chodzi o wino musujące i zapoznać się z paroma zacnymi rocznikami.

Wina degustowałem w ramach targów branżowych Prowein 2016 w Dusseldorfie.

Wina australijskie dla ambitnych.

Kilka lat temu wina z Australii wzbudzały we mnie jakieś emocje. Zwłaszcza gęste Shirazy, które stanowiły dla mnie synonim potężnego, dobrego wina. Podobnie postrzegałem też kalifornijskie Cabernety. Później pogłębiając swoją fascynację subtelnym, europejskim winiarstwem, ten przyciężkawy, nowo światowy styl przestał mnie fascynować. Aż do tego roku. Najpierw na Prowein przypomniałem sobie jak wspaniałe i wielowymiarowe mogą być amerykańskie Zinfandele, historię jednego z nich znajdziecie tutaj. Później dzięki dużej degustacji zorganizowanej przez Wine Australia w Warszawie w ramach Annual Trade Tasting. Miałem przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu zarówno w ramach degustacji komentowanej, jak i otwartej. Wisienką na torcie była dla mnie wizyta jednego z najlepszych moim zdaniem importerów win australijskich w Krakowie. Mowa oczywiście o panach z Wines United, którzy sprowadzane przez siebie butelki sprzedają pod szyldem Zakręcone Wina.

Nie zgadzam się z polityką australijskich organizacji winiarskich, w tym Wine Australia, które uważają, że zalewanie rynku marketowymi wyrobami marki Jacobs Creek, czy też Yellow Tail, przybliży konsumentom wina z Australii i spowoduje sięgnięcie po etykiety od lepszych producentów. Nie spowoduje. Jeśli opierałbym swoją opinię o poziomie australijskiego winiarstwa na bazie produktów tych dwóch mega wytwórni, to raczej odechciałoby mi się zgłębiania tematyki win z tamtych regionów. Zresztą po podobną retorykę sięga również California Wine Institute w odniesieniu do Carlo Rossi.

Zostawmy to jednak, wydarzenia w Warszawie i Krakowie były dla mnie o wiele ciekawsze niż przełamanie trendu spadkowego i nieznaczny wzrost eksportu win z Australii. Winiarstwo w tym kraju opiera się de facto o sprzedaż na rynki zewnętrzne. Dużo ważniejsza była możliwość poznania wielu dobrych i bardzo dobrych win z krainy kangurów, uświadomienie sobie, że te wina mogą się między sobą różnić, na zasadach jakie znamy ze Starego Świata. Są wśród nich wina terroir’ystyczne. A jednym z najlepszych producentów w tym nurcie, dostępnym w Polsce jest moim zdaniem d’Arenberg (McLaren Vale). Począwszy od ich najprostszej, a bardzo przyswajalnej linii The Stump Jump, poprzez wszystkie świetne etykiety z charakterystycznym, czerwonym paskiem (znak rozpoznawczy winnicy), aż po serię Icons, te wina nie męczą, nie nudzą się. Są na tyle charakterystyczne, że wśród kilkudziesięciu innych Shirazów, Chardonnay, Grenach z Australii potrafią przyciągnąć uwagę, pamięta się te wina.

bottle-deadarm

Na pewno dla mnie w Warszawie pojawiły się dwa doskonałe Shirazy i nie był to Penfolds, którego styl nazwałbym klasycznie ociężałym. Jednym z nich jest Dead Arm Shiraz 2010, ze wspomnianej już serii Icons. Wino gęste, pełne owocu, nut pieprznych i dymnych. Ciągle jeszcze sprawiające wrażenie młodzieniaszka dzięki żywej kwasowości świetnie współgrającej z powagą wina, nutami ziemistymi, wtopionej beczce. Zdecydowanie kieliszkiem tego wina powinno delektować się cały wieczór, a nie sporządzać szybkie notatki podczas degustacji. Ciekawa jest zresztą geneza nazwy tego wina, która pochodzi od choroby (grzyba), który sprawia że winorośl obumiera i pozostaje z niej właśnie takie zdrewniałe, martwe ramię (dead arm). W normalnej winnicy karczuje się takie nieproduktywne krzewy, jednak w d’Arenberg zauważyli, że takie egzemplarze dają niewielką ilość owoców, o niezwykłej wręcz koncentracji.

Drugi Shiraz, który wprawił mnie w zdumienie, był niedostępny w Polsce egzemplarz z St Mary’s Vineyard, rocznik 2012, region Limestone Cost. Bardzo czysty, troszkę kwiatowy nos, a w ustach gęsty owoc, z nutami ziołowymi i charakterystycznym porzeczkowym tonem. Podobnie jak Dead Arm, jest to wino mega złożone, trudne do wychwycenia niuansów w ciągu paru minut degustacji. Winnicę St Mary’s od d’Arenberg różni między innymi liczba wypuszczanych etykiet, zaledwie 5, skala produkcji. Jednak obie stosują tylko tradycyjne metody wytwarzania wina, w tym między innymi prasy koszykowe !!! Zresztą o trochę szalonym podejściu Chestera Osborna (d’Arenberg) i jego metodach kreacji wina znajdziecie tutaj.

10514166_843121522443132_3206634182821788888_o

A tymczasem w Krakowie, w Wine Barze Stoccaggio, również można było skorzystać z degustacji win z portfolio Wines United. Oczywiście tutaj atmosfera była już dużo bardziej kameralna, z prezentowanych win zaledwie 2 pochodziły od wspomnianego już d’Arenberg’a. Chardonnay Olive Grove 2012, z prawdziwą przyjemnością sięga się po taką interpretację beczkowanej Chardonki. Sporo nut brzoskwiniowych, troszkę miodowych, czy też kwiatu lipy, beczka zaledwie muśnięta, jest ale jakby jej nie było, przez co wino ani trochę nie traci na swojej sprężystości. Drugim był bardzo przyzwoity Grenache Custodian 2012. Bardzo drobne taniny, lekko zielona nuta, w tle przyprawy (kardamon?), a to wszystko obłożone świetnymi owocowymi aromatami – jeżynami, malinami i wiśnią.

11415341_986598954692709_5527052139369663264_n

Mógłbym jeszcze wspomnieć o innych producentach, innych etykietach, tylko po co, skoro dzieła Chestera Osborna sprawiają tak wiele przyjemności. Jednej rzeczy brakowało mi w prezentacji win zorganizowanej przez Wine Australia w Polsce. Sięgnięcia po taką Australię, jakiej sobie nie wyobrażamy, cały panel degustacyjny został zdominowany przez Shiraz, Cabernet Sauvignon, Chardonnay, Viogner, Riesling, GSM, zabrakło natomiast unikatów. Australijskie winiarstwo bardzo się zmienia, reaguje na potrzeby rynku i nie unika eksperymentowania. Sadzi się tutaj przecież odmiany włoskie, czy hiszpańskie, eksperymentuje z Gruner Veltlinerem. Tego wszystkiego zabrakło, było podręcznikowo, co nie znaczy, że nudno. Na szczęście Wines United próbowało pokazać coś nietypowego, a mianowicie dwa kupaże z winnicy Robert Johnson, czyli Dittico (Sangiovese + Shiraz) oraz mniej emocjonujące Trittico (Merlot + Sangiovese + Cabernet Sauvignon). Pierwsze wydało mi się czystsze, mniej przekombinowane, z wyraźnie zaznaczoną pieprznością Shiraza i jednocześnie nadającego mu lekkości, kwasowości i nut zielonych Sangiovese.

1

W Annual Trade Tasting (Wine Australia) uczestniczyłem na zaproszenie organizatorów, natomiast w degustacji w Wine Barze Stoccaggio, na koszt własny.

Winny Wtorek 02.06.2015 – amerykańskie Chardonnay po beczusi :)

W kolejnych Winnych Wtorkach nie opuszczam bynajmniej Kalifornii. W tematyce biała Kalifornia, wydawałoby się idealna na ciepły przełom wiosny i lata. Jednak nikt z blogerów nie sięgnął, ani po orzeźwiające Fume Blanc (Sauvignon Blanc z Kalifornii) ani po aromatycznego Viogniera. Wszyscy obstawili klasykę, czyli Chardonnay solidnie doprawione beczką. Czy taki mamy obraz win ze Złotego Stanu?

c

Rodzina Wente szczyci się tym, że to oni przywieźli jako pierwsi sadzonki Chardonnay do Kalifornii. Skąd wzięła się tajemnicza nazwa Morning Fog, która nijak się nie kojarzy z charakterem tego wina, sprawdźcie na filmie:

Wino degustowałem w ramach współpracy z Wine Barem Stoccaggio w Krakowie i tam też szukajcie tej butelki.

Pozostali uczestnicy Winnego Wtorku spróbowali następujących Chardonnay z Kalifornii:

1. Winniczek

2. Pisane Winem

Winny Wtorek 07.04.2015 – niebeczkowe Chardonnay

W kolejnym Winnym Wtorku sięgam po Chardonnay nie dotknięte beczką. Zamiast znanej mi Górnej Adygi i świetnego Chardonnay od Aloisa Lagedera wybrałem mniej rozpoznawalnego producenta z Austrii. Kraj, w którym króluje Grüner Veltliner i Riesling oferuje nam całkiem sporą różnorodność, jeśli chodzi o szczepy i regiony. W Kremstal Thiery-Weber wypuszcza co roku kilkanaście różnych etykiet. Próbuję rocznika 2013, wrażenia z degustacji znajdziecie w materiale filmowym:

Materiał powstał przy współpracy z Wine Barem Stoccaggio w Krakowie i tam szukajcie tego wina.

czystość i autentyczność - Chardonnay z Kremstal

czystość i autentyczność – Chardonnay z Kremstal

Pozostali blogerzy w taki sposób zinterpretowali temat niebeczkowanego Chardonnay:

WINniczek - sięgnał po świetną butelkę z Alto Adige – Alois Lageder w podstawowej linii.

Italianizzato – dyskontowo, piknikowo.

Przy Winie - w hiszpańskich rytmach.

Czerwone czy białe - na Antypodach poszukuje Chardonnay bez beczusi

Winiacz - przegrzebuje wykopaliska

Nasz Świat Win - bezbłędna Australia

Kolekcja F. Schatz, wina z Rondy w Polsce

Niedługo po moim powrocie z ciepłej i słonecznej Andaluzji, gdzie tak mało czasu poświęciłem na wino, dostałem zaproszenie do Wine Concept (Swoszowice) na blogersko-branżową degustację win od Friedricha Schatza. Oczywiście niemiecko brzmiące nazwisko niczego w tym przypadku nie tłumaczy, ale wina te powstają w Rondzie, którą parę dni wcześniej odwiedzałem.

DSC_0884

Most w Rondzie, który łączy obie części miasta. Andaluzja, Hiszpania.

Irkowi Wisowi (Blurppp) udało się namówić jednego z importerów do ściągnięcia całej twórczości Schatza do Polski. Rzeczywiście estetycznie wina prezentują się jako całość, gdyż każda z etykiet jest osobną literką, a razem układają się w nazwisko producenta – SCHATZ. Abstrahując od potencjalnej spójności serii i całkiem zgrabnego zabiegu marketingowego, wydaje mi się to co najmniej megalomańskim podejściem. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, co nt. tych win sądzi spiritus movement całego zamieszania to link do relacji Irka znajdziecie tutaj.

DSC_0738

Kolejną sprawą, która troszkę mnie zastanawia w tym przypadku, to określenie tych win jako autorskie. Oczywiście są one dziełem F. Schatza i jego indywidualnym podejściem, do każdej z tych butelek. Jednak, czy jest to jakiś szczególny wyróżnik. Pomijając masową przemysłówkę i robienie win przez wielkie koncerny to każda możliwa etykieta, każde wino jest bardzo indywidualnym, często intelektualnym, czy wręcz intymnym sposobem interpretacji przez winiarza zarówno szczepu (kupażu), jak i terroir. Biorąc np. taką znaną mi Mozelę to zarówno rieslingi od Karla Erbesa (w interpretacji jego syna Stefana) są bardzo autorskie, jak i te które pochodzą z fabryczki Dr. Loosen’a. Nie można przecież Ernstowi Loosenowi odmówić charakteru, osobowości, która w większym, bądź mniejszym stopniu przekłada się na jego produkcję. Tak, więc podkreślanie autorskiego, wręcz artystycznego charakteru win Schatza można uznawać za nadużycie, chyba, że rzeczywiście cała linia jest jednym, bardzo spójnym projektem. Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Literka S

Chardonnay 2013, beczki użyto tutaj całkiem sporo i to ona dominuje całe wino. Na szczęście jest dość elegancka, lekko maślana i mocno tostowa. Wanilia nie należy do ordynarnych. Całość prezentuje się nieźle, ale bez fajerwerków, z powodu przeciętnej kwasowości niczego to wino nie urwało. Zdecydowanie za drogie, chociaż masowe, nowoświatowe interpretacje beczkowego Chardonnay mogą się przy tym schować.

Literka C

Pinot Noir 2008, wino na które ostrzyłem sobie kubki smakowe i nos oczywiście też. Uwielbiam Pinota. W kolorze trochę ceglasto-rubinowe, ale nie przejrzałe. Nos czereśniowy, lekko alkoholowy, dość słodki, w charakterze madery. Sporo w nim korzenności i pierniczków, w żaden sposób nie przypomina to Pinot Noir. Było to wino zdecydowanie najbardziej kontrowersyjne. Nie zgodzę się, co prawda z Tomkiem Fijałem (Stoccaggio, Z Winem na Ty), który definitywnie określił tego pinota jako wadliwy (utleniony). Nie wydaje mi się również, żeby za wyjaśnienie charakteru tego wina odpowiadało domniemane użycie beczek po sherry. Nie jest to wino zepsute, pewnie takie w odbiorze miało być. Zastanawiające tylko jest czemu takie wino powstało. Czy też ono miało udowodnić tezę, że jak zrobimy w Andaluzji Pinot Noir to będzie smakowało i pachniało jak miejscowa, słodka Malaga? Nie rozumiem tego wina. Cena, także wydaje mi się zbyt wygórowana.

Literka H

Acinipo 2005, nic nie mówiąca nazwa wina kryje w sobie szczep Leberger, w Europie Środkowej lepiej znany jako Frankovka, Blaufrankisch lub Kekfrankos. Zwał jak zwał, ale wino jest naprawdę dobrze zrobione. Nos owocowy, leśny, z delikatnym dymnym i łagodnie wędzonym niuansem. Miękkie i gładkie wino, w smaku podkręcone pestką czereśni. Beczka zdecydowanie mistrzowsko zastosowana. Warte swojej ceny.

Doskonale zrobiona Frankovka. Kto by pomyślał, że w gorącym klimacie Andaluzji odnajdzie się środkowo-europejska odmiana.

Doskonale zrobiona Frankovka. Kto by pomyślał, że w gorącym klimacie Andaluzji odnajdzie się środkowo-europejska odmiana.

Literka A

Finca Sanguijuela 2008, nazwa tego wina nawiązuje do przydomowej działki Schatza, na której uprawia Cabernet Sauvignon, Merlot, Tempranillo i Syrah. Szczepy te znajdziemy w niemal równej proporcji w butelce. Zdecydowany ciemny i czerwony owoc dominuje w nosie. Do tego można dorzucić sporo ziół i pieprzności. Dość ekstraktywne i gęste, z wyraźnym, aczkolwiek umiejętnie odbitym śladem beczusi. Niezłe, ale i tak wybrałbym poprzednie.

Literka T

Petit Verdot 2007, druga po Pinot Noir etykieta, z którą wiązałem spore nadzieje. Petit Verdot, francuski szczep, który zdecydowanie częściej spotykany jest w kupażach, jako dodatek, niż samodzielne wino. Soczysty, czysty nos, ciekawy, chłodny powiew orzeźwienia. W ustach jak dla mnie lekki dysonans ze względu na z jednej strony wręcz mentolowy, zimny posmak, a z drugiej rodzynkowość i bardzo subtelne utlenienie. Wino z żywą kwasowością. Całkiem pijalne i ciekawe, jednak być może zbyt drogie.

Literka Z

Rosado 2012, o istnieniu szczepu Muskat Hamburski dowiedziałem się podczas niniejszej degustacji. Serwowanie różowego wina po tych wszystkich czerwieniach, może wydawać się pomysłem zgoła szalonym. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Jak dla mnie w końcu znalazło się w tej kolekcji wino dziwaczne, ciekawe, prawdziwie indywidualne i autorskie. Kolor ciemnego klaretu bardziej niż rose zapowiada, że będzie się działo. Nos początkowo dla mnie nieprzyjemny, ze względu na duże stężenie serka homogenizowanego (czego nie cierpię, zwłaszcza w słabych Pinot Noir, Dornfelderze i polskiej czerwieni). Z czasem jednak malinowy, poziomkowy niuch wyszedł na pierwszy plan. W ustach znalazłem dużo tej owocowości, podkreślonej miękkim serkiem lub jogurtem naturalnym. Kwasowości w tym winie to trochę mało było, jednak jego oryginalność jest niepodważalna. Nie podejmuję się oceny tegoż wynalazku, aczkolwiek jest to inspirujące zjawisko.

Degustowane roczniki nie należą do najmłodszych, ale zgodnie z polityką producenta znajdują w optymalnym czasie do spożycia. Tak więc nie obawiałbym się w tym przypadku win nawet 10-letnich, zresztą Acinipo pokazuje pazur.

Podsumowując wrażenia to sądzę, że wina są ciekawe, natomiast spójność całej linii jest dla mnie co najmniej dyskusyjna. Acinipo, czyli Frankovka jest naprawdę świetna. Wszystkie trzy literki H, A i T mają jeden wspólny mianownik, czuć, że są przemyślane, od początku do końca jako całość. Chardonnay jest dość przeciętne i jako takie nie pasuje do konceptu win autorskich. Pinot Noir ze względu na charakter jest najbardziej kontrowersyjny, zwłaszcza, że mamy do czynienia z producentem należącym do apelacji Sierras de Malaga, która z założenia stanowi kontrę do ciężkiego, topornego stylu win wzmacnianych z okolic Malagii. Rosado natomiast wydaje się w największym stopniu spełniać założenia bardzo indywidualnego podejścia, troszkę artystycznego do winiarskiej twórczości. Nie w moim stylu (ze względu na serek homogenizowany), jednak doceniam kunszt i sztukę rzemieślnika.

Dyskusyjny Pinot Noir.

Dyskusyjny Pinot Noir.

Dzięki wielkie Irkowi za namówienie importera www.wineandyou.pl do sprowadzenia tych ciekawostek (tam też szukajcie kolekcji win Schatza) oraz zaaranżowanie i przeprowadzenie tej degustacji. Dzięki Tomkowi Wagnerowi (Wine Concept), za ciepłe przyjęcie winiarskiej braci w Swoszowicach.

W degustacji wzięli też udział:

Szymon Michniak (Stoccaggio)

Tomek Fijał (Stoccaggio, Z Winem na Ty)

Paweł Kolorus (Kup sobie wino)

Maciek Piątek (W Tango z Winem)