Przyzwoity i przystępny Gewürztraminer z Górnej Adygi.

Motywacją do popełnienia niniejszej degustacji było spotkanie w ramach inicjatywy BYOB w Krakowie, które odbyło się jeszcze przed wakacjami. Gościł nas, powracający na winiarską mapę Krakowa, lokal Winoman. Tematem przewodnim BYOB były wina z Górnej Adygi i Trydentu. Co zaskakujące, to właśnie Trydent pokazał podczas tych zmagań klasę. Bez wątpienia najlepszym winem wieczoru było Teroldego (szczep spokrewniony z Syrah) od Elisabetty Foradori. Wino pełne, złożone i piękne.

Wina z Alto Adige zaprezentowały się całkiem przyzwoicie, chociaż nie oszałamiająco. trzeba jednak pamiętać, że nie jest to region tani, a wina przystępne cenowo zazwyczaj nie powalają na kolana. To czego mi zabrakło podczas tego spotkania, to nie wyższej jakości wina (ta była niezła), ale jednego szczepu, który nieodłącznie kojarzony jest regionem Górnej Adygi – Gewürztraminera. Nadrabiam więc zaległości i zapraszam do oglądania poniższego materiału:

Nazwa: Aime
Szczep: Gewürztraminer
Producent: Girlan (spółdzielnia winiarska)
Region / Kraj: Alto Adige / Włochy
Rocznik: 2014
Źródło wina – zakup własny - Solovino

Król Riesling – Winny Wtorek 17.11.2015

Jest jedna biała odmiana winorośli, która potrafi zachwycić w tak niewyobrażalny sposób, jedna która zdaje się tak długowieczna. To Riesling, dojrzewający nad brzegiem Mozeli, w Niemczech. W swojej słodkiej wersji ukazuje najbardziej szlachetne oblicze, bogate, gęste, nieskazitelne. Często dotknięte jest ono szlachetną pleśnią – Botrytisem, choć nie jest on konieczny aby powstało wielkie wino. Co zatem sprawia, że jeden Riesling potrafi być wielki, a inny zaledwie przeciętny? Prócz talentu winiarza, ostrożnego obchodzenia się z winoroślą i jej owocami, to miejsce pochodzenia, siedlisko ma największy wpływ na jakość Rieslingów. Pozwólcie, że w Winnym Wtorku 17 listopada opowiem Wam o wyjątkowym siedlisku, o legendarnej działce Erdener Prälat, położonej pomiędzy wioskami Ürzig i Erden, w środkowej części Mozeli.

Na filmie degustuję wino klasy Auslese, z parceli Erdener Prälat od Dr. Pauly-Bergweiler, rocznik 2009.

Ostatnio będąc na targach EnoExpo w Krakowie miałem okazję przypomnieć sobie, jak pięknie może starzeć się Riesling. Dzięki zaproszeniu z Niemieckiego Instytutu Wina, mogłem wziąć udział w degustacji „Riesling – starość to radość”. Było tam wiele smacznych Rieslingów, które bardzo przekonująco pokazywały potencjał dojrzewania i starzenia się tego typu win. Już nawet pierwszy, wprowadzający, rocznikowy Sekt (wino musujące) potwierdzał tą tezę.

Dwie etykiety rzeczywiście należały do rzadko już spotykanych przedstawicieli gatunku Rieslingów starszych niż lata 90-te. Auslese Bernkasteler Bratenhöfchen od Weingut E. Kühner z rocznika 1983 to jeden z tych przykładów, kiedy utlenienie wina nie powinno być uznawane jako wada. Nie ma w nim już młodzieńczej świeżości, ale bogaty, ciągle jeszcze petrolowy charakter miesza się z silną nutą orzechową. Jeszcze piękniej zachowało się wg. mnie Auslese Kestner Paulinsberger z Weingut Meierer z rocznika 1975, a więc Riesling 40-letni. Słodkie, miodowo-woskowe, bardzo bogate, z lekko śliwkowym posmakiem (utlenienie?). Kojarzy się jednoznacznie ze świątecznym kompotem z suszu.

Oprócz degustacji komentowanej, podczas Targów EnoExpo win niemieckich można było spróbować przy stoisku Niemieckiego Instytutu Wina. Tutaj bardzo miły akcent stanowiły Sekty z Winnicy Solter (Rheingau), W słodkim, winnowtorkowym motywie wyróżniał się kupaż Rieslinga (60%) i Gewütrztraminera (40%)Solter Brut Cuvee Dolce Vita, aromatyczny, cielisty, pełen niuansów charakterystycznych dla obu tych odmian (jabłko, liczi, róża)

Pozostali uczestnicy tego winnego wtorku w taki sposób odkrywali słodką stronę Rieslinga:

1. Blurppp

2. Nasz Świat Win

3. Korek od wina

4. Italianizzato

5. Kobiety i Wino

6. Przy winie

BYOB w Krakowie – Cabernet Franc

Franki to fajne wina są. Oczywiście, chodzi o wina ze szczepu Cabernet Franc. Co prawda w wersji solo, wcale nie tak łatwo je spotkać poza Loarą. Drugie miejsce w Europie, gdzie szczególnie udaje się Cabernet Franc to Węgry – region Villany i w mniejszym stopniu Balaton. Jeżeli miałbym obstawiać Franka z Nowego Świata, to w pierwszej kolejności przychodzą mi na myśl winnice położone w stanie Nowy York, zarówno na Long Island, jak i w okolicach Niagary, ewentualnie stan Oregon.

Grupka krakowskich winnych zapaleńców postanowiła zatem sprawdzić potencjał Cabernet Franc. Spotkanie odbyło się 07.09 w lokalu Zakładka Food&Wine należącym do Marcina Pierożyńskiego. Podsumowanie całego spotkania znajdziecie w materiale filmowym poniżej:

Najciekawszymi winami spotkania były:

Les Gravieres 2012, Couly-Dutheil, Chinon, Francja – 8 minuta filmu

Cabernet Franc 2013, Bock, Villany, Węgry – 9 minuta filmu, recenzja rocznika 2011

Cabernet Franc 2011, Lantos, Kunsagi, Węgry – 10 minuta filmu

Paleo 2008 IGT, Le Macchiole, Toskania, Włochy – 11 minuta filmu, wino kontrowersyjne

Poza wyróznionymi przeze mnie winami, w degustacji pojawiły się (*kolejność losowa):

Cabernet Franc 2011, Domain la Jalousee, Chinon, Francja

Graviers 2013, Damien Lorieux, Bourgueil, Francja

Rouge de Miniere 2012, Bourgueil, Francja

Cabernet Franc 2012, Jasdi Pince Csopak, Balaton, Węgry

Cabernet Franc 2013, Scurek, Brda, Słowenia

Cabernet Franc 2012, Comelli, Friuli Colli Orientali, Włochy

Cabernet Franc 2012 Gran Reserva, Botalcura, Maule Valley, Chile

Cabernet Franc 2010, Duzsi Tamas, Szekszard, Węgry

Dyskusja nt. ocenianych win podczas BYOB w Krakowie (Zakładka).

W spotkaniu wzięli udział (kolejność alfabetyczna):

Anna Bocheńska, Radosław Froń, Paweł Kolorus, Szymon Michniak, Andrzej Mirek, Lesya Onyshko, Marcin Pierożyński (gospodarz), Katarzyna Puk, Szymon Rzeźniczek, Ladislav Sinkovic, Tomasz Wagner i Monika Włosińska.

 

-

Amerykański sen – USA vs. Canada

Przeglądając „Kurs Wiedzy o Winie” Kevina Zraly’ego zawsze fascynowały mnie rozdziały opisujące winiarstwo w Ameryce Północnej. Zraly, uważany za jednego z najlepszych edukatorów w kwestii wina, posiada bardzo amerykocentryczne podejście, co zresztą, z jego punktu widzenia jest zrozumiałe. W Polsce dostępność win spoza Europy – tzw. Nowy Świat nie jest najgorsza. Ameryka Południowa, Australia, Nowa Zelandia, czy RPA są całkiem nieźle reprezentowane. I to zarówno w wersjach budżetowych (marketowych), jak i premium, a przede wszystkim w całym bogactwie uczciwie wycenionych butelek na półkach sklepów specjalistycznych, czy winebarów. Natomiast wina z USA, czy też Kanady, to już zupełnie inna historia. Oczywiście na rynku polskim, jak najbardziej dostępne jest w każdym sklepie osiedlowym i na każdej stacji benzynowej Carlo Rosi, najpopularniejsze kalifornijskie wino. O tym, dlaczego nie warto tego wina próbować było już na blogu tutaj.

Drużyny USA i Kanady poprowadzili przez tą degustację specjaliści: wina Roberta Mondaviego – Jerzy Skałka (Partner Center), wina kanadyjskie – Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

W degustacji, która odbyła się 7 sierpnia, w Magazynie Wina w Krakowie zmierzyły się ze sobą dwa różne stylistycznie światy z Ameryki Północnej. W lewym narożniku tytułu championa broniły wielokrotnie doceniane wina z USA, które sygnowane są nazwiskiem najsłynniejszego na świecie producenta win – Roberta Mondaviego. Naprzeciw słonecznej Kalifornii, w prawym narożniku, prezentowały się dumne wina z wbrew pozorom, wcale nie takiej chłodnej Kanady. Zdecydowanie miały przewagę liczebną, wzmocnioną obecnością dwóch ice wine’ów (win lodowych). Jednak, nie uprzedzajmy faktów.

Do Krakowa licznie przybyli zawodnicy zarówno z USA, jak i z Kanady. Na szczęście nie zabrakło win białych i lodowych w ten ciepły, sierpniowy wieczór.

O wielkości i genialności Roberta Mondaviego napisano całe tomy. Był wizjonerem, który potrafił porwać całą rzeszę ludzi, narzucić dużemu regionowi styl powstających w nim win. Bez jego udziału nie byłoby także genialnej pozycji, jaką jest Opus One (jedno z najlepszych i najdroższych win świata). Mam również bardziej osobiste skojarzenia z winami Mondaviego. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z degustowaniem wina, parę ładnych lat temu jedną z pierwszych, świadomie wybranych butelek, był popularny Woodbridge. Marka win, która może i niczego nie urywała, ale w zamyśle Roberta Mondaviego miała być codziennym, dobrym winem dla Amerykanów.

Tym winem można się zachwycić. Kosztuje, nie mało. Polecam, jeżeli chcecie poznać bardzo dobre Cabernet Sauvignon z Kalifornii.

Z białych zawodników w degustacji USA vs Canada Mondavi wystawił Twin Oaks Chardonnay 2013. Seria Twin Oaks w swej idei jest zbliżona właśnie do Woodbridge, codzienne, przystępne wino (również cenowo). Wszystkie cechy beczkowego Chardonnay były wyczuwalne i nawet wkomponowywało się to jakoś w całość materii wina. Jednak wino było krótkie, zdecydowanie zbyt szybko się o nim zapominało, smak urywał wręcz momentalnie. Najbardziej obawiałem się kondycji Pinot Noir 2012 z wyższej (podstawowej) linii Mondaviego, czyli Privat Selection. I słuszne były te moje obawy, winu nie pomogło nawet podanie w odpowiedniej, czyli niższej temperaturze. Słodkie, odbeczkowe nuty przykryły całą, potencjalną finezję Pinot Noir, której chyba nie było zbyt wiele w tej butelce. Na szczęście kolega Zinfandel 2013, z tego samego pułapu Privat Selection uratował sytuację. Oczywiście w tej cenie, nie spodziewajcie się u Mondaviego fajerwerków, które znajdziecie w Seven Deadly Zins, jednak jest to bardzo przekonująca interpretacja tego najbardziej kalifornijskiego szczepu na świecie. Ziołowy, tytoniowo-paprykowy nos może się podobać, wino zaleca się również umiejętnie wkomponowaną beczką, co przy lekkiej, trochę nawet zwiewnej strukturze wina, jest sporym osiągnięciem. Zawodnikiem wagi ciężkiej, po którego sięgnęła drużyna z USA, był Cabernet Sauvignon 2010, oznaczony jako Napa Valley (oznacza to oczywiście słynną miejscówkę w Napa, z której pochodzą winogrona). Wino całkiem tęgie, chociaż tych solidnych 14,5%, w ciepły, sierpniowy wieczór, nie czuć w nim ani trochę. Jak dla mnie jest to Cabernet Sauvignon ustrzelony w punkt. Sporo w nim charakterystycznej porzeczki, przypraw, pieprzu, czerwonych owoców. Z czasem wychodzą dymne niuanse i wyraźniejsza staje się czereśnia. Taniny są gładkie, a beczka tylko zarysowana subtelną wanilią. Wino w żadną stronę nie jest przesadzone. Można by go podawać jako referencyjne dla tego szczepu, robionego w USA. A pomimo tej harmonii, w żadnym wypadku nie wydaje się nudne, wręcz przeciwnie, nad kieliszkiem można byłoby spędzić cały wieczór.

Porównanie położenia geograficznego regionów w Kanadzie z europejskimi krajami winiarskimi. (zdj. z http://winecountryontario.ca/).

Po takiej zagrywce, ze strony drużyny Mondaviego, po przerwie, przyszedł czas na zaprezentowanie się zawodników z Kanady. Wszystkie wina pochodziły od producenta Lakeview Cellars, który uprawia winorośl w regionie Niagary (niedaleko jeziora Ontario). Z winami kanadyjskimi miałem już wcześniej do czynienia w ramach targów Prowein 2015 w Dusseldorfie. Smakował mi zwłaszcza Vidal i Cabernet Franc, które powstały w winnicy Coyote’s Run. Dowiedziałem się wtedy również jak błędne jest przekonanie o mroźnej i nieprzyjaznej Kanadzie, podczas, gdy zielony pas uprawy winorośli w tym kraju oferuje warunki geograficzne zbliżone do Bordeaux. Nie było to więc moje pierwsze spotkanie z winiarską Kanadą, ale nie ukrywajmy, importer Best Canadian Ice Wine to jest jedyny importer win kanadyjskich do Polski. Na Prowein wystawcy kanadyjscy nie wyrażali większego zainteresowania eksportem win do naszego kraju.

Wróćmy jednak do pojedynku Mondavi vs. Lakeview Cellars. Jako pierwszy zawodnik w barwach Kanady, zaprezentowało się beczkowane Chardonnay 2013 z budżetowej wersji Benchmark. Dobrze skrojone, dość gęste, ze sporą dawką aromatów pochodzących od beczki. Klasyczne i zarazem bez rewelacji. Kolejną bielą, która chciała się przypodobać, był Sauvignon Blanc 2013 (z wyższej półki tego producenta). Ładne i rześkie, z liśćmi porzeczki, mineralnością na języku i dość surową stylistyką. Na pewno lepsze niż poprzednik, chociaż troszkę drogie. Bardzo skutecznym napastnikiem w mojej ocenie okazał się kupaż Cabernet (Sauvignon i Franc) oraz Merlot 2012, znów z podstawowej linii Benchmark. Lekkie wino, które moim zdaniem sprawdzi się świetnie do jedzenia. Fajna, wyważona kwasowość, troszkę nut drewnianych i warzywno-łodygowego rysu. Czuć, że nie poskąpili tam Cabernet Franca. Owoc wydawał się troszkę schowany, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Natomiast czysty Cabernet Sauvignon 2012, z serii premium, totalnie mi się nie podobał. Co więcej, podchodziłem do tego wina na 2 razy, no bo dałem mu drugą szansę, w końcu z medalami przyjechał, niech ma. Kwasowość sztuczna, jakby wzięta bezpośrednio z butelki z napisem acid. Z owoców wiśnia, troszkę dymnych i od beczkowych wątków, które nijak się w tym winie nie spinały. Wolałbym wrócić do poprzednika.

Jako zwieńczenie wieczoru, przedstawiły się dwa wina lodowe (ice wines). Dla Kanady równie naturalne, jak klasyczne eiswein’y dla Niemiec. Co więcej, ostatnimi czasy ciężko jest zrobić wino lodowe w Niemczech, również nad Mozelą. Ciepłe zimy nie pozwalają przetrzymać gron na -7 stopniowym mrozie, co jest warunkiem koniecznym, aby otrzymać skoncentrowany, bogaty i esencjonalny trunek. Tak więc wielkość produkcji win lodowych w Ameryce Północnej przewyższa z pewnością tych produkowanych w Niemczech. Na pierwszy ogień poszedł ice wine ze szczepu typowego dla Kanady, hybrydowego Vidal 2013 (Lakeview Cellars). Jeszcze młodziutki, ale z fajnym, petrolowym zacięciem. Sporo aromatów i smaków migdałów, orzechów, suszonych owoców, gęstość likieru oraz to co najlepsze przy tak wysokiej słodyczy resztkowej – całkiem niezła kwasowość. Dzięki temu, wino jest mega pijalne, aż żal, że Kanadyjczycy butelkują je w pojemnościach 200 ml. Na sam koniec pokazał się ice wine ze szczepu Cabernet Franc 2011. Pierwszy raz miałem okazję próbować wina lodowego, z czerwonej odmiany. Malinkowy, ultra delikatny kolor, a w nosie aż zakręciło mnie od truskawek, dżemu i powideł. W ustać czuć ciężar gatunkowy i ogrom cukru resztkowego. Ciągnie się w nim długi posmak poziomki i podwędzanej śliwki. Z tych dwóch win lodowych, Vidal z pewnością jest bardziej przystępny i pijalny, Cabernet Franc ciężko zdegustować więcej niż kieliszek, za jednym posiedzeniem.

Czerwony Ice Wine (Cabernet Franc) – poważna sprawa.

Ciężko ogłosić jednoznacznego zwycięzcę tego amerykańskiego pojedynku. Z całą pewnością Cabernet Sauvignon 2010 z Napa Valley to wino kompletne i wykończone w najdrobniejszym szczególe. Polecam je zwłaszcza w związku ze zbliżającym się International Day of Cabernet Sauvignon, który wypada 27/28 sierpnia (zależnie od przesunięcia czasowego). Na pewno pojawią się wtedy na blogu degustacje CabSa i jakieś informacje na temat tej najpopularniejszej czerwonej odmiany Vitis Vinifera.

Natomiast kanadyjskie wina lodowe to również wyroby wyjątkowe, robione ze szczepów niespotykanych w tego typu produkcji w Europie. Czuć w nich zarówno kunszt winiarza, jak i nowo-światową swobodę interpretacji tego klasycznego dla słodkich win stylu.

Degustacja w Magazynie Wina (w Krakowie) cieszyła się sporą frekwencją. Do rzadkości należą, jednak degustacje win z Ameryki Północnej.

Wina Roberta Mondaviego przedstawiał Jerzy Skałka (Partner Center), natomiast wina z Kanady prezentował Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

Degustowałem w Magazyn Wina na koszt własny.

Pierwsze, winne wrażenia.

Tytuł tego wpisu sugerowałby, że zamierzam opisać moje pierwsze, świadomie zdegustowane wino. Czy też, mój zachwyt nad pierwszym kieliszkiem Rieslinga lub Pinot Noir. Chociaż o Pinotach w niniejszym wpisie przeczytacie, to nie będzie to żadna imaginacja z odległej przeszłości. Dobre wrażenie robi się podobno tylko raz, ale Panowie zaangażowani w otwarcie nowego, winiarskiego miejsca w Krakowie postanowili zrobić je aż 3 razy. Całkiem nieźle im to wyszło, chociaż przyznaję, że praca, którą trzeba jeszcze wykonać, aby Magazyn Wina tętnił codziennym życiem jest zaiste ogromna. O tym, co to za miejsce w Krakowie, jaka jest jego koncepcja i jak zdejmuje się wino z piedestałów możecie posłuchać Tomka Wagnera tutaj.

Pierwsze było, wspomniane już, wielkie otwarcie. Impreza, na którą warto było przyjść w towarzystwie znajomych, wybrać jakąś dobrze schłodzoną butelkę i cieszyć się jej kojącym orzeźwieniem. Upały wtedy sięgały zenitu w Krakowie. Dlatego najlepiej zapadł mi w pamięć węgierski Kertesz Zold Veltelini (Gruner Veltliner) z 2008 roku. Zapytacie, czy słodki był? Nic bardziej mylnego. W zapachu miód, lipa, białe owoce i dużo niuansów, a w ustach rasowa wytrawność z tak charakterystyczną dla tego szczepu pieprzną końcówką. Wino jest naprawdę długie w finiszu. Butelka zdaje się opisana ręcznie w winnicy, ale to już tylko estetyka etykiety, która akurat w przypadku tego wina pasuje idealnie.

10154011_988451941174077_6563269549441579483_n

Akt drugi rozgrywał się już według reguł degustacji komentowanej. Panowie z Magazynu Wina zaprosili do siebie przedstawicielkę sycylijskiej winnicy COS, a w całym zamieszaniu palce maczało znane Vini e Affini, które jest importerem rzeczonej lini win. Rozpoznawalność win COS oraz ich niepowtarzalny styl nie bierze się znikąd. Te wina aż krzyczą – „jesteśmy inne niż wszystko co do tej pory poznałeś w gorącym klimacie Sycylii„. Rzeczywiście jeśli porówna się stylistykę win COS z klasycznym Nero d’Avola to odbiegają one zupełnie od wizerunku przegrzanych, dżemowatych, ciężkich południowych win. Zdają się być zwiewne i finezyjne, a największe wrażenie robi zapewne to, że powstają w glinianych amforach, troszkę na wzór win z gruzińskich kwewri. Są to wina naturalne, subtelne, ale bardzo rzetelnie zrobione i z naturalnym bretem, czy też kiszonką nie mające nic wspólnego.

11401306_988910791128192_3355349648693631358_n

z amfory, czy klasycznie?

Ze wszystkich próbowanych win na tej degustacji największe wrażenie zrobiło na mnie biał Pithos Bianco 2013. Kolor złoty, wpadający wręcz w delikatny pomarańcz sugeruje, że wino to nie mało czasu spędziło macerując na skórkach. Szczepem jest Grecanico, a fermentacja przebiegała spontanicznie. Jak na takiego dzikusa, to wino jest ujarzmione, sporo w nim intrygujących nut zielonych, łodyżkowych. Ktoś dorzucił mi do kieliszka garść orzechów, w zapachu natomiast ujawnia się niemało słodkiej rodzynki, brzoskwiń. Taniny wyczuwalne i oczywiście nie jest to klasyczne w przypadku białego wina. Niewiele mniej intrygujące zdaje się czerwone Pithos Rosso 2013. Znowu przez 8/9 miesięcy potrzymano to wino w amforach. W glinianych naczyniach znalazło się 40% Frappato i 60% Nero d’Avola. Wino się zmienia, otwiera i w żaden sposób nie traci na intensywności aromatów. Dość lekkie i rześkie, ze szczyptą ziół, pestkowego owocu i ziemistości. Mnie najbardziej zaskoczyła słoność w nosie. Z całej zaś degustacji najbardziej rozczarowało mnie słynne Frappato 2014. Wino lekkie i delikatne, mające chyba z założenia podbijać podniebienia wielbicieli subtelnych wersji Pinot Noir. Tego dnia nie było dla mnie niczym nadzwyczajnym. Zbyt wiele przewijało się w nim mlecznych akcentów.

Degustacja win COS w Krakowie miała charakter branżowy. Ceny tych unikalnych, także pod względem kształtu, nie tylko zawartości, butelek nie należą do najniższych, jednak jeśli ktoś nigdy nie próbował ambitnej Sycylii to śmiało polecam.

Trzecie zapoznanie się z Magazynem Wina, choć również miało charakter branżowy, to opierało się na formule otwartej butelki. A tych butelek panowie zgromadzili i zaprezentowali nie mało (ok.100, chyba połowa portfolio). Chwalili się zarówno tymi topowymi winami, jak i codziennym trunkiem. Na pewno warto było przyjść, aby spróbować win z pięknej i spójnej stylistycznie (także estetycznie) winnicy z hiszpańskiej Valencji – Bebendos. Niewielka uprawa, z wysoko położonymi stanowiskami winorośli znów daje zupełnie inne wina, niż te jakie spodziewamy się po ciężkich czołgach z tego regionu. Za etykiety te wina nie sposób nie pochwalić, piękne dzieła sztuki. A w kieliszkach jest różnie, ale raczej lepiej niż gorzej. Podobała mi się potężna Miranda 2012 z 15% alkoholu (Monastrell, Merlot, Cabernet Sauvignon i Tempranillo),  w cale nie takie ciężkie przy swej masie krytycznej, z fajnym owocem. Jeszcze lepszy był Onis, będący Crianzą z 2010 roku, znacznie niższa zawartość alkoholu wyszła mu na dobre. Sporo wiśni i żywej jeżyny się w nim pałęta, a to wszystko przypruszone niezłą, gorzką czekoladą. Smaczne. Zapytacie, a gdzie te Pinoty? Otóż w Babendos robią Pinot Noir – Paradix 2009, całkiem niezłe, chociaż jak dla mnie zgasili jego potencjał beczusią. Jest intensywnie, czereśniowo, trochę cierpkości i wtedy wkracza beczka, nadająca winu i owszem elegancki finisz, ale troszkę gubiąca jego indywidualność. Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak fajnym winem mógłby być bez tej czekoladowo-waniliowej osłonki.

Nowozelandzki Pinot Noir, jest przyjemny :)

Nowozelandzki Pinot Noir, jest przyjemny :)

Standardowo bardzo dobrze na tle innych win wypadł Cabernet Franc od Bocka (z Villany), ale nie będę się nad nim rozwodził, przewijał się już przez bloga. Reprezentacja win z Węgier niezwykle mocno zapowiada się w Magazynie Wina, co zresztą nie było zaskoczeniem znając upodobania, gusta i guściki Tomka Wagnera. Otwiera się on jednak, również na Nowy Świat i tutaj parę ciekawostek można odnaleźć. Jednak o wszystkich tych winach, lepszych, czy gorszych można zapomnieć kiedy na sali pojawia się on: Pinot Nero 2009 od Bressana. Szalony człowiek z Friuli stworzył z pewnością najlepszego Pinota z Włoch i jednego z najciekawszych jakie w życiu próbowałem. Gęste i intensywne wino, pachnące mieszanką ziół, których nie jestem w stanie nazwać. Bliżej mu do potężnych interpretacji z Oregonu, niż zwiewnych europejskich ekspresji. Solidna dawka ziemi, nut tytoniowych, mokrych liści, do tego całkiem niezły owoc. Wszystkiego jest dużo, nawet bardzo dużo, ale moim zdaniem w sam raz. Przy tym winie nie sposób nie docenić kunsztu jego twórcy, choć nie zawsze trzeba zgadzać się z jego filozofią życia. Żałuję tylko, że moja znajomość z Pinotem była tak krótka i przelotna.

Wszystkie wymienione wina znajdziecie w Magazynie Wina (ul. Konopnickiej 28, Kraków). W degustacjach branżowych brałem udział na zaproszenie organizatorów.

Magazyn Wina – nowy winiarski adres w Krakowie.

10842149_838629432892341_3742844755233553533_o

Przyznaję się, że często bywam w Swoszowicach, bo lubię. Swoszowice to takie miejsce pod Krakowem. Dość dobrze skomunikowane z centrum, ale jednak na uboczu i czas tam płynie w zupełnie innym rytmie. Dobrze dla wina. I jest tam człowiek, który prowadzi Wine Concept – Tomek Wagner, zakręcony na punkcie wina, żyjący nim. Zwłaszcza tym pochodzącym z Europy Środkowej, ze Starego Świata. Jakoś tak się stało, że w Swoszowicach potrafił stworzyć klimat wyjątkowy, miejsce, do którego chce się wracać. Tomek spotkał jeszcze na swoich winnych ścieżkach Kamila Jedynaka i Ariela Kesselmana, którzy również wkręceni są w import win z Bałkanów, mają w swojej ofercie niezłą Chorwację. Tak powstał pomysł na nowe miejsce, w samym Krakowie, w dawnym hotelu Forum. Miejsce szersze niż Wine Concept, bo sięgające również po etykiety z Nowego Świata. O tym nowym miejscu – Magazynie Wina, najlepiej opowie jego współzałożyciel:

A już dzisiaj o godzinie 19:00 wielkie otwarcie tegoż winnego przybytku. Adres to ul. Konopinckiej 28, ale wszyscy w Krakowie i tak kojarzą je z hotelem Forum, gdzie do tej pory wino gościło raczej okazjonalnie w ramach festiwalów Najedzeni Fest, a teraz zadomowi się tam miejmy nadzieję na dobre.

11402311_838629479559003_2266157624712724401_o

Cieszy mnie fakt, że panowie odpowiedzialni za Magazyn Wina, chcą zdjąć rzeczony trunek z piedestałów i ciekawi mnie również selekcja Tomka Wagnera, mimo, że gusta winiarskie mamy troszkę rozbieżne. A na zdjęciu poniżej, jedna z tych perełek, które tylko powiększają moją radość – Gruner Veltliner z 2008 roku, piękny, złożony, wciąż żywy i zaskakujący.

10914913_838629466225671_4216463883799188393_o