Powrót do Walla Walla.

W mojej ostatniej podróży poprzez USA wiele było win, które zostały w mojej pamięci. Takich, które sprawiają, że chciałbym tutaj zostać na zawsze. Nigdy nie zapomnę doskonałych Pinot Noir z Willamate Valley oraz niezwykle czystych i intensywnych Syrah z Washingtonu. Jednak nieprzypadkowo to region Walla Walla znalazł się na mojej liście „must to see and taste” podczas tego wyjazdu. W pewnym sensie był to powrót do win, które miałem okazję poznać podczas targów Prowein w Dusseldorfie. A przede wszystkim podróż poprzez wina, które wyszły spod ręki Jean-François Pellet. Przepis na te wina z pozoru wydawał się prosty: dwie winiarnie, ten sam winemaker, ci sami właściciele. to samo unikalne terroir i odmiany, głównie bordoskie, natomiast rezultat był co najmniej niezwykły. Totalnie różne wina, niesamowita różnorodność blendów, a to wszystko dzięki wielkiej wiedzy i doświadczeniu winemakera. To jedna z tych rzeczy, które zachwycają mnie w amerykańskim winiarstwie – eksponowanie ludzi, którzy stoją za konkretnymi winami. A rola jaką odgrywa Jean-François na lokalnym, winiarskim poletku, jest nie do przecenienia. Prawdziwy człowiek orkiestra, który oprócz tworzenia win w dwóch świetnych winiarniach – Pepper Bridge Winery i Amavi Cellars znajduje także czas by wspierać rozwój lokalnej społeczności (m.in. poprzez organizację VINEA). Jean’a miałem okazję poznać w Niemczech podczas targów Prowein, jest autorem świetnego blendu Trine, którego recenzję z rocznika 2012 znajdziecie na blogu. To właśnie sztuka kupażu jest tak charakterystyczna dla winiarzy z Walla Walla. Wszyscy robią Cabarnet Sauvignon, czy Merlot, ale to właśnie szczegółowa kompozycja blendu, sposobu winifikacji, czy dojrzewania warunkuje, że to co znajdujemy w butelce z Walla Walla jest wyjątkowe. Ogólne przepisy mówią tylko o tym, że podstawowej odmiany musi być co najmniej 75% w blendzie, aby jej nazwa mogła znaleźć się na etykiecie.

Jean-François Pellet jedna z najbardziej zapracowanych, a zarazem rozpoznawalnych osób w Walla Walla. Człowiek orkiestra, a przede wszystkim genialny winemaker.

Zazwyczaj nie przepadam za Merlotem, szczególnie przez jego nadmierną owocowość i tendencję do dawania win z wysokim poziomem alkoholu. Merlot również nie posiada tak wyrazistych tanin jak chociażby Cabernety. Jednak Merlot 2013 z Pepper Bridge pije się z przyjemnością, może dzięki dodatkowi Cabernet Franc i Malbec. Poza świetną strukturą i gęstością, uderza wysoka kwasowość, która właśnie tą strukturę buduje – kolejna charakterystyczna cecha win z Walla Walla. Pepper Bridge to naprawdę wina poważne, gęste, długo dojrzewające, a mimo to posiadające tą świeżość, sprężystą kwasowość. Właśnie postawienie na wina bardziej wertykalne w swojej budowie odróżnia winiarstwo Waszyngtonu od Kalifornii.

W Cabernet Sauvignon 2012 Pepper Bridge przebijają się nuty tak charakterystyczne dla dobrego CabSa, pomimo dodatków w postaci Merlot, Malbec, Petit Verdot i Cabernet Franc. Niesamowicie zbalansowane wino, z wyczuwalną papryką, porzeczkami, jeżynami, lekką mentolowością w końcówce oraz bezbłędnym użyciem beczki. Ikoniczne.

Kolejne roczniki Cabernet Sauvignon z Amavi Cellars i Pepper Bridge dojrzewają w beczkach z dębu francuskiego.

Ciekawym doświadczeniem było porównanie kupażu Trine z najnowszego dostępnego rocznika 2013 z wersją z 2012 roku (która tak bardzo zachwyciła mnie w Dusseldorfie). Wino będące w pewnym sensie popisem winemakera, wariacją na temat kupażu bordoskiego. Oczywiście w każdym roczniku inny jest skład ilościowy odmian użytych do jego produkcji. W Trine 2012 pierwsze skrzypce odgrywa Cabernet Franc i to czuć w jego roślinnej ekspresji. Jest to zdecydowanie mój ulubiony styl, gdzie mocne taniny oraz właśnie owa zieloność poparta jest odpowiednią wagą i ciałem wina. Rocznik 2013 Trine zdawał się miększy, bardziej owocowy, gładki. Rekordowo ciepły rocznik pozwolił doskonale dojrzeć Cabernet Sauvignon. Nie oznacza to jednak, że wino straciło cokolwiek ze swojej kwasowości w tym wydaniu.

Amavi Cellars, czyli drugi projekt Jean-François Pellet również prezentuje się bardzo ciekawie. Teoretycznie to trochę tańsze, a co za tym idzie bardziej przystępne wina, których produkcja została oparta przede wszystkim o Semillion i Syrah oraz Cabernet Sauvignon. Wina z pozostałych odmian wypuszczane są w niewielkich, butikowych ilościach, na potrzeby degustacji w winiarni. Znajdziemy wśród nich między innymi wino Ceres, które od kilku lat stanowi 100% Tempranillo. W roczniku 2014 kusi przyprawami orientalnymi, pieprzem i kardamonem, ładnie opakowane w francuską beczkę.

Natomiast moją szczególną uwagę przykuło Cabernet Sauvignon 2013, pozwoliłem sobie na nagranie poniższego materiału video z degustacji tego wina:

Oprócz CabSa (76%) w blendzie tym znalazł się Cabernet Franc, Merlot, Petit Verdot, Syrah i Malbec. Wino świetnej jakości, zdradliwie pijalne, z klasyczną wręcz porzeczką i zielonym pieprzem w aromacie.

Z całą pewnością warto zainteresować się winami zarówno z winiarni Pepper Bridge, jak i Amavi Cellars, nie tylko ze względu na ich wysoką jakość, ale również historię ludzi odpowiedzialnych za ich powstanie.

Optyczny sorter winogron gotowy do pracy, jedna z „zabawek” JFP, której jest współtwórcą.

W następnym wpisie oprowadzę Was po pozostałych interesujących winnicach stanu Waszyngton. Do USA podróżowałem na koszt własny, w degustacjach w Pepper Bridge Winery i Amavi Cellars uczestniczyłem na zaproszenie JFP.

Gorące serce stanu Washington – Walla Walla Valley

Stan Washington na zachodnim wybrzeżu USA (zaraz na południe od granicy z Kanadą) to prawdziwe winiarskie Eldorado. Niestety zaledwie ułamek promila z tych dobroci dociera do Europy, a do Polski to już w ogóle można zapomnieć. W Washington króluje różnorodność, poszczególne apelacje (AVA) różnią się między sobą zarówno klimatem i jak i glebami. W zasadzie spotkamy tutaj każdy, nadający się do uprawy winorośli rodzaj podłoża – gleby wulkaniczne, piaskowce, lessy, margle, wapienie. Do tego należy dołożyć niezwykle zróżnicowane warunki klimatyczne. W stosunkowo chłodnym Puget Sound (okolice Seattle) znajdziemy Pinot Noir, Yakima Valley słynie ze swoich Rieslingów i Chardonnay, w niewielkim Red Mountain powstają jedne z najbardziej podziwianych Cabernet Sauvignon – takich jak Quilceda Creek, natomiast gorąca Walla Walla to ojczyzna wybitnych Syrah. Generalnie jest często gęsto i aromatycznie, ale jednocześnie wielu winiarzy unika wypatrzeń kalifornijskich, jeśli chodzi o użycie beczki. Sporo etykiet jest także bardzo subtelnych, eleganckich, wręcz europejskich w wykonaniu. Co więcej większość krzewów winorośli uprawianej w tym stanie rośnie bez podkładek, na własnym korzeniu. Generalnie izolacja regionów winiarskich w Washington, dzięki górom Kaskadowym, sprawia że problem filoksery tam nie występuje.

Wśród wszystkich tych naprawdę niezłych win, które można było spróbować podczas targów Prowein 2016, jedno szczególnie przypadło do gustu moim kubkom smakowym. Trine 2012 to blend 5 odmian bordoskich i jest dziełem winemakera Jean-François Pellet z Pepper Bridge Winery.

Wino w roczniku 2012 zdobyło 92 punkty w Wine Advocate. Jean-François Pellet został wybrany winemakerem roku w stanie Washington (Washington Wine Awards). Sama winnica Pepper Bridge to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek z Walla Walla.

Wino otrzymałem od winemakera Pepper Bridge Winery.

Cabernet Franc na wesoło – Winny Wtorek 02.02.2016

Kolejny Winny Wtorek upływa nam ze szczepem Cabernet Franc w kieliszku. Odmiana przeze mnie lubiana i bardzo klasyczna w swoim czystym wydaniu z Doliny Loary, czy też w kupażach bordoskich. Również na Węgrzech od lat udaje się nie najgorzej. Jednak oczywiście Amerykanie wszystko robią po swojemu. Również od strony marketingowej, sprzedażowej. Przyznać trzeba, że etykieta wina Cabaret Frank z rocznika 2014 należy do jednych z najlepiej zaprojektowanych. Oczywiście estetyka opakowania to rzecz gustu, ale do mnie to przemawia. Nie udawajmy, że nie wybieramy wina oczami, kupujemy butelki, których etykiety nam po prostu pasują.

Wino jest smaczne, mimo niskiej jak na amerykański import ceny (chociaż w Wielkiej Brytanii oscyluje w podobnym przedziale cenowym). Jak dla mnie znaczenia też nie ma podejrzenie o butelkowanie tego wina w Europie.

Metryczka:
Nazwa: Cabaret Frank
Szczep: 85 % Cabernet Franc, 15% Cabernet Sauvignon
Producent: Boutinot
Region/Kraj: Lodi / California / USA
Rocznik: 2014
alkohol: 14%
półka cenowa: do 50 PLN

Wino kupiłem w Wine Barze Stoccaggio w Krakowie, ale znajdziecie je również w innych miejscach (m.in. w Magazynie Wina).

Pozostali blogerzy o takich to Cabernet Franc pisali:

1. 
http://naszswiatwin.pl/cabernet-franc-na-winny-wtorek-amirault-le-grand-clos-2010/
2. 
http://zdegustowany.com/2016/02/02/cab-franc-czyli-hipsteria-w-winnych-wtorkach/
3. 
http://winniczek.eu/bin/index.pl?PAGE=2548
4. 
http://www.czerwoneczybiale.pl/winny-wtorek-117-pyramid-valley-cabernet-franc-2013/
5. 
http://winne-przygody.pl/2016/02/winnowtorkowy-cabernet-franc-prosto-z-wloch.html
6. 
http://blurppp.com/blog/avgvstvs-cabernet-franc-2011-na-winny-wtorek/
7. 
http://italianizzato.blogspot.com/2016/02/winne-wtorki-rustykalne-czy-wiejskie.html
8. 
http://mariuszboguszewski.blogspot.com/2016/02/winne-wtorki-117-cabernet-franc.html
9. http://przywinie.pl/2016/02/02/franek-na-winne-wtorki/

BYOB w Krakowie – Cabernet Franc

Franki to fajne wina są. Oczywiście, chodzi o wina ze szczepu Cabernet Franc. Co prawda w wersji solo, wcale nie tak łatwo je spotkać poza Loarą. Drugie miejsce w Europie, gdzie szczególnie udaje się Cabernet Franc to Węgry – region Villany i w mniejszym stopniu Balaton. Jeżeli miałbym obstawiać Franka z Nowego Świata, to w pierwszej kolejności przychodzą mi na myśl winnice położone w stanie Nowy York, zarówno na Long Island, jak i w okolicach Niagary, ewentualnie stan Oregon.

Grupka krakowskich winnych zapaleńców postanowiła zatem sprawdzić potencjał Cabernet Franc. Spotkanie odbyło się 07.09 w lokalu Zakładka Food&Wine należącym do Marcina Pierożyńskiego. Podsumowanie całego spotkania znajdziecie w materiale filmowym poniżej:

Najciekawszymi winami spotkania były:

Les Gravieres 2012, Couly-Dutheil, Chinon, Francja – 8 minuta filmu

Cabernet Franc 2013, Bock, Villany, Węgry – 9 minuta filmu, recenzja rocznika 2011

Cabernet Franc 2011, Lantos, Kunsagi, Węgry – 10 minuta filmu

Paleo 2008 IGT, Le Macchiole, Toskania, Włochy – 11 minuta filmu, wino kontrowersyjne

Poza wyróznionymi przeze mnie winami, w degustacji pojawiły się (*kolejność losowa):

Cabernet Franc 2011, Domain la Jalousee, Chinon, Francja

Graviers 2013, Damien Lorieux, Bourgueil, Francja

Rouge de Miniere 2012, Bourgueil, Francja

Cabernet Franc 2012, Jasdi Pince Csopak, Balaton, Węgry

Cabernet Franc 2013, Scurek, Brda, Słowenia

Cabernet Franc 2012, Comelli, Friuli Colli Orientali, Włochy

Cabernet Franc 2012 Gran Reserva, Botalcura, Maule Valley, Chile

Cabernet Franc 2010, Duzsi Tamas, Szekszard, Węgry

Dyskusja nt. ocenianych win podczas BYOB w Krakowie (Zakładka).

W spotkaniu wzięli udział (kolejność alfabetyczna):

Anna Bocheńska, Radosław Froń, Paweł Kolorus, Szymon Michniak, Andrzej Mirek, Lesya Onyshko, Marcin Pierożyński (gospodarz), Katarzyna Puk, Szymon Rzeźniczek, Ladislav Sinkovic, Tomasz Wagner i Monika Włosińska.

 

-

Amerykański sen – USA vs. Canada

Przeglądając „Kurs Wiedzy o Winie” Kevina Zraly’ego zawsze fascynowały mnie rozdziały opisujące winiarstwo w Ameryce Północnej. Zraly, uważany za jednego z najlepszych edukatorów w kwestii wina, posiada bardzo amerykocentryczne podejście, co zresztą, z jego punktu widzenia jest zrozumiałe. W Polsce dostępność win spoza Europy – tzw. Nowy Świat nie jest najgorsza. Ameryka Południowa, Australia, Nowa Zelandia, czy RPA są całkiem nieźle reprezentowane. I to zarówno w wersjach budżetowych (marketowych), jak i premium, a przede wszystkim w całym bogactwie uczciwie wycenionych butelek na półkach sklepów specjalistycznych, czy winebarów. Natomiast wina z USA, czy też Kanady, to już zupełnie inna historia. Oczywiście na rynku polskim, jak najbardziej dostępne jest w każdym sklepie osiedlowym i na każdej stacji benzynowej Carlo Rosi, najpopularniejsze kalifornijskie wino. O tym, dlaczego nie warto tego wina próbować było już na blogu tutaj.

Drużyny USA i Kanady poprowadzili przez tą degustację specjaliści: wina Roberta Mondaviego – Jerzy Skałka (Partner Center), wina kanadyjskie – Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

W degustacji, która odbyła się 7 sierpnia, w Magazynie Wina w Krakowie zmierzyły się ze sobą dwa różne stylistycznie światy z Ameryki Północnej. W lewym narożniku tytułu championa broniły wielokrotnie doceniane wina z USA, które sygnowane są nazwiskiem najsłynniejszego na świecie producenta win – Roberta Mondaviego. Naprzeciw słonecznej Kalifornii, w prawym narożniku, prezentowały się dumne wina z wbrew pozorom, wcale nie takiej chłodnej Kanady. Zdecydowanie miały przewagę liczebną, wzmocnioną obecnością dwóch ice wine’ów (win lodowych). Jednak, nie uprzedzajmy faktów.

Do Krakowa licznie przybyli zawodnicy zarówno z USA, jak i z Kanady. Na szczęście nie zabrakło win białych i lodowych w ten ciepły, sierpniowy wieczór.

O wielkości i genialności Roberta Mondaviego napisano całe tomy. Był wizjonerem, który potrafił porwać całą rzeszę ludzi, narzucić dużemu regionowi styl powstających w nim win. Bez jego udziału nie byłoby także genialnej pozycji, jaką jest Opus One (jedno z najlepszych i najdroższych win świata). Mam również bardziej osobiste skojarzenia z winami Mondaviego. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z degustowaniem wina, parę ładnych lat temu jedną z pierwszych, świadomie wybranych butelek, był popularny Woodbridge. Marka win, która może i niczego nie urywała, ale w zamyśle Roberta Mondaviego miała być codziennym, dobrym winem dla Amerykanów.

Tym winem można się zachwycić. Kosztuje, nie mało. Polecam, jeżeli chcecie poznać bardzo dobre Cabernet Sauvignon z Kalifornii.

Z białych zawodników w degustacji USA vs Canada Mondavi wystawił Twin Oaks Chardonnay 2013. Seria Twin Oaks w swej idei jest zbliżona właśnie do Woodbridge, codzienne, przystępne wino (również cenowo). Wszystkie cechy beczkowego Chardonnay były wyczuwalne i nawet wkomponowywało się to jakoś w całość materii wina. Jednak wino było krótkie, zdecydowanie zbyt szybko się o nim zapominało, smak urywał wręcz momentalnie. Najbardziej obawiałem się kondycji Pinot Noir 2012 z wyższej (podstawowej) linii Mondaviego, czyli Privat Selection. I słuszne były te moje obawy, winu nie pomogło nawet podanie w odpowiedniej, czyli niższej temperaturze. Słodkie, odbeczkowe nuty przykryły całą, potencjalną finezję Pinot Noir, której chyba nie było zbyt wiele w tej butelce. Na szczęście kolega Zinfandel 2013, z tego samego pułapu Privat Selection uratował sytuację. Oczywiście w tej cenie, nie spodziewajcie się u Mondaviego fajerwerków, które znajdziecie w Seven Deadly Zins, jednak jest to bardzo przekonująca interpretacja tego najbardziej kalifornijskiego szczepu na świecie. Ziołowy, tytoniowo-paprykowy nos może się podobać, wino zaleca się również umiejętnie wkomponowaną beczką, co przy lekkiej, trochę nawet zwiewnej strukturze wina, jest sporym osiągnięciem. Zawodnikiem wagi ciężkiej, po którego sięgnęła drużyna z USA, był Cabernet Sauvignon 2010, oznaczony jako Napa Valley (oznacza to oczywiście słynną miejscówkę w Napa, z której pochodzą winogrona). Wino całkiem tęgie, chociaż tych solidnych 14,5%, w ciepły, sierpniowy wieczór, nie czuć w nim ani trochę. Jak dla mnie jest to Cabernet Sauvignon ustrzelony w punkt. Sporo w nim charakterystycznej porzeczki, przypraw, pieprzu, czerwonych owoców. Z czasem wychodzą dymne niuanse i wyraźniejsza staje się czereśnia. Taniny są gładkie, a beczka tylko zarysowana subtelną wanilią. Wino w żadną stronę nie jest przesadzone. Można by go podawać jako referencyjne dla tego szczepu, robionego w USA. A pomimo tej harmonii, w żadnym wypadku nie wydaje się nudne, wręcz przeciwnie, nad kieliszkiem można byłoby spędzić cały wieczór.

Porównanie położenia geograficznego regionów w Kanadzie z europejskimi krajami winiarskimi. (zdj. z http://winecountryontario.ca/).

Po takiej zagrywce, ze strony drużyny Mondaviego, po przerwie, przyszedł czas na zaprezentowanie się zawodników z Kanady. Wszystkie wina pochodziły od producenta Lakeview Cellars, który uprawia winorośl w regionie Niagary (niedaleko jeziora Ontario). Z winami kanadyjskimi miałem już wcześniej do czynienia w ramach targów Prowein 2015 w Dusseldorfie. Smakował mi zwłaszcza Vidal i Cabernet Franc, które powstały w winnicy Coyote’s Run. Dowiedziałem się wtedy również jak błędne jest przekonanie o mroźnej i nieprzyjaznej Kanadzie, podczas, gdy zielony pas uprawy winorośli w tym kraju oferuje warunki geograficzne zbliżone do Bordeaux. Nie było to więc moje pierwsze spotkanie z winiarską Kanadą, ale nie ukrywajmy, importer Best Canadian Ice Wine to jest jedyny importer win kanadyjskich do Polski. Na Prowein wystawcy kanadyjscy nie wyrażali większego zainteresowania eksportem win do naszego kraju.

Wróćmy jednak do pojedynku Mondavi vs. Lakeview Cellars. Jako pierwszy zawodnik w barwach Kanady, zaprezentowało się beczkowane Chardonnay 2013 z budżetowej wersji Benchmark. Dobrze skrojone, dość gęste, ze sporą dawką aromatów pochodzących od beczki. Klasyczne i zarazem bez rewelacji. Kolejną bielą, która chciała się przypodobać, był Sauvignon Blanc 2013 (z wyższej półki tego producenta). Ładne i rześkie, z liśćmi porzeczki, mineralnością na języku i dość surową stylistyką. Na pewno lepsze niż poprzednik, chociaż troszkę drogie. Bardzo skutecznym napastnikiem w mojej ocenie okazał się kupaż Cabernet (Sauvignon i Franc) oraz Merlot 2012, znów z podstawowej linii Benchmark. Lekkie wino, które moim zdaniem sprawdzi się świetnie do jedzenia. Fajna, wyważona kwasowość, troszkę nut drewnianych i warzywno-łodygowego rysu. Czuć, że nie poskąpili tam Cabernet Franca. Owoc wydawał się troszkę schowany, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Natomiast czysty Cabernet Sauvignon 2012, z serii premium, totalnie mi się nie podobał. Co więcej, podchodziłem do tego wina na 2 razy, no bo dałem mu drugą szansę, w końcu z medalami przyjechał, niech ma. Kwasowość sztuczna, jakby wzięta bezpośrednio z butelki z napisem acid. Z owoców wiśnia, troszkę dymnych i od beczkowych wątków, które nijak się w tym winie nie spinały. Wolałbym wrócić do poprzednika.

Jako zwieńczenie wieczoru, przedstawiły się dwa wina lodowe (ice wines). Dla Kanady równie naturalne, jak klasyczne eiswein’y dla Niemiec. Co więcej, ostatnimi czasy ciężko jest zrobić wino lodowe w Niemczech, również nad Mozelą. Ciepłe zimy nie pozwalają przetrzymać gron na -7 stopniowym mrozie, co jest warunkiem koniecznym, aby otrzymać skoncentrowany, bogaty i esencjonalny trunek. Tak więc wielkość produkcji win lodowych w Ameryce Północnej przewyższa z pewnością tych produkowanych w Niemczech. Na pierwszy ogień poszedł ice wine ze szczepu typowego dla Kanady, hybrydowego Vidal 2013 (Lakeview Cellars). Jeszcze młodziutki, ale z fajnym, petrolowym zacięciem. Sporo aromatów i smaków migdałów, orzechów, suszonych owoców, gęstość likieru oraz to co najlepsze przy tak wysokiej słodyczy resztkowej – całkiem niezła kwasowość. Dzięki temu, wino jest mega pijalne, aż żal, że Kanadyjczycy butelkują je w pojemnościach 200 ml. Na sam koniec pokazał się ice wine ze szczepu Cabernet Franc 2011. Pierwszy raz miałem okazję próbować wina lodowego, z czerwonej odmiany. Malinkowy, ultra delikatny kolor, a w nosie aż zakręciło mnie od truskawek, dżemu i powideł. W ustać czuć ciężar gatunkowy i ogrom cukru resztkowego. Ciągnie się w nim długi posmak poziomki i podwędzanej śliwki. Z tych dwóch win lodowych, Vidal z pewnością jest bardziej przystępny i pijalny, Cabernet Franc ciężko zdegustować więcej niż kieliszek, za jednym posiedzeniem.

Czerwony Ice Wine (Cabernet Franc) – poważna sprawa.

Ciężko ogłosić jednoznacznego zwycięzcę tego amerykańskiego pojedynku. Z całą pewnością Cabernet Sauvignon 2010 z Napa Valley to wino kompletne i wykończone w najdrobniejszym szczególe. Polecam je zwłaszcza w związku ze zbliżającym się International Day of Cabernet Sauvignon, który wypada 27/28 sierpnia (zależnie od przesunięcia czasowego). Na pewno pojawią się wtedy na blogu degustacje CabSa i jakieś informacje na temat tej najpopularniejszej czerwonej odmiany Vitis Vinifera.

Natomiast kanadyjskie wina lodowe to również wyroby wyjątkowe, robione ze szczepów niespotykanych w tego typu produkcji w Europie. Czuć w nich zarówno kunszt winiarza, jak i nowo-światową swobodę interpretacji tego klasycznego dla słodkich win stylu.

Degustacja w Magazynie Wina (w Krakowie) cieszyła się sporą frekwencją. Do rzadkości należą, jednak degustacje win z Ameryki Północnej.

Wina Roberta Mondaviego przedstawiał Jerzy Skałka (Partner Center), natomiast wina z Kanady prezentował Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

Degustowałem w Magazyn Wina na koszt własny.

Nie masz wina nad węgrzyna, czyli Wine Concept świątecznie.

Świąteczny pociąg zabierający winomaniaków w wędrówkę po Węgrzech wyruszył ze stacji Wine Concept w Swoszowicach w zeszły piątek. Nieprzypadkowo wspominałem już wcześniej, że Tomek Wagner zna się na węgrzynach, zdecydowanie jest to jego bajka. Jak to często się zdarza na degustacjach, wina zaskakują. Te po których obiecujemy sobie dużo, nie sięgają naszych wygórowanych marzeń. Czasami też te, od których nie oczekujemy zbyt wiele, okazują się nad wyraz ciekawe i intrygujące. Tak też było podczas tej węgierskiej wycieczki. Podróżowaliśmy znad Balatonu, poprzez Villany, Somlo, Szekszard, po drodze zahaczając o Eger i kończąc w słodkim Tokaju. Wino, które znałem już wcześniej, wiedziałem czego się po nim spodziewać zostało dla mnie winem wieczoru – Olaszriesling 2013 od Kolonics z Somlo. Szczep, który wbrew nazwie z rieslingiem nie ma nic wspólnego. Bardzo miękkie i subtelne wino. W nosie sporo owocu, przetykanego aromatami kwiatowymi i miodowymi. W smaku pokazuje charakter, sporą dawkę mineralności, szczyptę soli i delikatną piołunową nutę. Do tego etykieta, która jest wizualnym majstersztykiem w zalewie graficznego przeciętniactwa na butelkach. Niby to tylko opakowanie, ale ludzie są w większości wzrokowcami, więc często wybierają i kupują wina oczami.

Stylistyka tego olaszrieslinga zarówno w kieliszku, jak i na butelce robi wrażenie.

Stylistyka tego olaszrieslinga zarówno w kieliszku, jak i na butelce robi wrażenie.

W całej tej węgierskiej eskapadzie, o dziwo, nie towarzyszył nam żaden Bock, nad którego Frankiem zachwycałem się tutaj. I na razie zdanie podtrzymuję, był to zdecydowanie najlepszy węgierski Cabernet Franc jaki miałem okazję próbować. Owszem pojawiło się wino z tego szczepu, CF z Szekszardu, rocznik 2011 od Sarosdi. Wino niezłe, z pieprzem, dość wysokimi taninami i wyczuwalnym drewnem. Trochę słodkie akcenty, podkręcone beczką i stosunkowo zbita struktura, to zupełnie nie moja stylistyka Cabernet Franc. Brakło w nim troszkę wojowniczości i zieloności, zbyt grzeczne i ułożone mi się zdało.

Wracając do bieli i do pierwszych kropel naszej podróży. Miało być tylko wstępniaczkiem, zaproszeniem do dalszych wędrówek. Może nie okazało się winem wieczoru, ale było naprawdę smaczne i udane – Chardonnay 2013 od Bujdoso Horgony znad cieplutkiego Balatonu. Jak nie lubię tego szczepu, zwłaszcza w beczkowo-maślanych interperetacjach, tak ta świeżość i całkiem niezła kwasowość współgrały w kieliszku harmonijnie. Z owoców dominowały cytrusy, podkreślające zwiewny charakter tego wina, a nawet delikatnie piekąca goryczka w końcówce naprawdę dodawała mu charakteru.

Niezobowiązujące, leciutko bujające się na falach chardonnay. Przyjemnie nad tym Balatonem.

Niezobowiązujące, leciutko bujające się na falach chardonnay. Przyjemnie nad tym Balatonem.

Warto od czasu do czasu zarezerwować sobie bilet na taką winiarską przejażdżkę w Swoszowicach, tak blisko z Krakowa.

W degustacji uczestniczyłem na koszt własny.

Przedmikołajkowa degustacja w Wine Concept.

Miało być o degustacji win hiszpańskich „El paraiso en la otra esquina”, która miała miejsce w przedmikołajkowy piątek w Wine Concept, w Swoszowicach. Czerwona Hiszpania na chłodny i ponury początek grudnia wydawała mi się jak najlepszym pomysłem. No z tą czerwienią to była i owszem, ale pojawiła się po 2 cavach i jednej białej, beczkowej Rioja (viura/macabeo). Miało być o  płomiennym tempranillo i szlachetnej garnacha, ale nie będzie. Z  7 pozycji tej degustacji zaskakująca i inspirująca była jedna enologiczna perełka. Tą ciekawostką było wino ze szczepu vidadillo, znacie??? Nie, ja też nie miałem pojęcia o istnieniu takowego. Menguante vidadillo seleccion 2011 z apelacji Carinena, zaledwie 3 gospodarstwa w regionie podejmują się uprawy tego endemita. Tłumacznie nazwy może zniechęcać – vidadillo = ocet, ale w kieliszku lipy nie ma. Znajdziemy za to cierpkość aronii i wiśnię w pełnej okazałości. Skryte z początku, z bardzo dobrym balansem kwasowości z czasem otwiera się bardziej. Gładkie i eleganckie, dość mięsiste w ustach. Jest w nim jakaś dzikość i zwierzęcość. Piękne, rzadkie wino, z Hiszpanii, która pewnie kryje więcej takich niespodzianek.

P1200549

Podczas tego spotkania przekonałem się również, kolejny już raz, że Tomek Wagner [spiritus movens Wine Concept] zna się na winach węgierskich jak mało kto. Zresztą, pod względem importu własnego w Swoszowicach dominuje Austria, Węgry i Włochy. Jednym z jego ulubionych producentów jest nie kto inny tylko József Bock z Villany. Sięgnęliśmy zatem po jedną z tych etykiet, których zresztą przegapić na półce nie można. Dopracowane w najmniejszym detalu. Coś jest też na rzeczy z Cabernet Franc, bo ostatnio strasznie modny się zrobił i w jedno-szczepowych wariacjach można ustrzelić niezłą butlę. A nad winami Bocka warto pochylić się bardziej. W tym konkretnym egzemplarzu, z 2011 roku, zieloność, papryka i niezła kwasowość oczywiście na pierwszym planie. Jednak wszystkie elementy poskładano w całość całkiem zgrabnie. Przede wszystkim czystość i harmonia aromatu jest wyjątkowa. Bardzo dobry przykład interpretacji jedno-szczepowego franka, którego do tej pory spotyka się częściej w kupażach.

P1200566

Nad winami Bock'a w Wine Concept należy zdecydowanie zatrzymać się na chwilę lub dwie. Medytacyjnie :)

Nad winami Bock’a w Wine Concept należy zdecydowanie zatrzymać się na chwilę lub dwie. Medytacyjnie :)