Subiektyny miniprzewodnik po winach z Walla Walla

W regionie Walla Walla w stanie Waszyngton znajdziecie mnóstwo światowej klasy win, opartych przede wszystkim o szczepy bordoskie oraz Syrah. W poprzednim materiale przybliżyłem Wam dwie wytwórnie Amavi Cellars i Pepper Bridge Winery, gdzie wina wychodzą spod ręki Jeana François Pellet. Ten materiał poświęcony jest szerszemu spektrum winiarni, na które koniecznie trzeba zwrócić uwagę szukając win z Walla Walla.

Budynek jednej z najciekawszych posiadłości, zlokalizowanej w południowej części Walla Walla – Va Piano Vineyards.

W regionie, który skupiony jest przede wszystkim na czerwonych winach, znajdziecie również całkiem niezłe wina białe. Nie będzie to Riesling, czy Chardonnay, ale Sauvignon Blanc, często z dodatkiem Semillion (typowy blend bordoski) oraz Viognier. Stylistyka miejscowego Sauvignon Blanc, moim zdaniem, plasuje się gdzieś pomiędzy surową, skalistą Loarą, a rozbuchaną, intensywną Nową Zelandią. Wina te są czyste, wpadające w aromaty tropikalne, często ich ostre kanty są zmiękczone poprzez dodatek Semillion albo niewielki udział beczki. Zawsze dobrze zbalansowane i nieprzesadzone w żadną stronę, dają wytchnienie w gorące dni w Walla Walla.

Moja propozycja kulinarna do tego Sauvignon Blanc – miejscowe mule, do nabycia na targu Pike Market w samym centrum Seattle.

Bardzo dobrym przykładem takiego Sauvignon Blanc jest wino z winiarni Va Piano. Co ciekawe, w jego przypadku nie wspomagano się dodatkiem Semillion, ale delikatnym i umiejętnym zastosowaniem neutralnej beczki. Ocenę tego wina, jak również propozycję food-paringu z mulami znajdziecie na filmie poniżej:

Winiarnia Va Piano, ma oczywiście znacznie więcej do zaproponowania, niż tylko wspomniane Sauvignon Blanc. Na prawdę dobrze spróbować u nich Syrah. I to zarówno w wersji podstawowej Syrah 2013, z szeroko rozumianej apelacji Columbia Valley, jak również wersję Single Vineyard z rocznika 2013, pochodzącą z bardzo poważanej winnicy Les Collines. Syrah niezwykle skoncentrowany i gęsty, delikatnie ocierający się o aromaty rosołu, z całkiem fajnymi taninami, któremu jednak daleko do czekoladowo-eukaliptusowych tonów australijskiego Shiraza.

 

Wracając do win białych, to najlepsze wino ze szczepu Viognier próbowałem u Marka Rayana. Niezwykle aromatyczny, z nutami brzoskwini oraz owoców tropikalnych, jednocześnie nieprzesadzony. Bardzo dobra kwasowość i spora dawka przyjemności przy tym winie. Mark Rayan w zasadzie nie prezentuje słabych pozycji, wszystkie próbowane przeze mnie wina spokojnie można zaliczyć do ścisłej czołówki regionu. Wild Eyed 2014 to 100% Shiraz, w którym przeplata się owoc (porzeczka) i pieprz. Bardzo eleganckie wino, swoim charakterem bardziej zbliżone do północnego Rodanu, niż Australii.

Piękny kupaż GSM (Grenache, Syrah, Mouvedre) z rocznika 2014 znajdziemy w butelce Numbskull. Wino strzeliste, wertykalne, w żaden sposób nie męczące swoim ekstraktem i owocem.

Porównywalnej klasy wino to Crazy Mary będące w 100% Mouvedre 2014. Nuty śliwkowe i wygładzone taniny nadają winu aksamitności, ale żywa kwasowość nie pozwala się nudzić i w tym przypadku sprawia że wino jest zdradliwie pijalne.

 

Gęsty i mineralny Syrah znajdziecie w portfolio Saviah Cellars.

W zasadzie te dwie winiarnie Va Piano i Mark Rayan obok wspomnianych już w poprzednim materiale Amavi Cellars i Pepper Bridge stanowią najjaśniejsze w moim odczuciu punkty w regionie Walla Walla. Poza nimi warto zwrócić szczególną uwagę na Saviah i ich Syrah Stone Speak 2012. Bardzo mineralne, wręcz słone wino, gęste, taniczne, podparte ciemnymi owocami. Nie do pominięcia jest również L’Ecole No. 41 – winiarnia zlokalizowana w zabytkowym budynku szkoły.

Wypuszczają niezwykle szeroką gamę win, a degustacje odbywają się w urządzonej ze smakiem „szkolno-winiarskiej” bibliotece. Wina są eleganckie, mniej krzykliwe. W ich portfolio spodobało mi się wino określne jako Estate Parigee 2013, które jest blendem Cabernet Sauvignon z Merlotem, Cabernet Franc, Malbekiem i Petit Verdot. Winogrona pochodzą z Seven Hills Vineyard (bardzo znana winnica w okolicach Walla Walla), a wciąż młodziutkie wino pełne jest aromatów ziemistych, mokrych liści, wyostrzone wyraźną, choć szlachetną taniną.

Z wielkich i znanych nazwisk, koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o ekscentrycznym i utalentowanym winemakerze Charlesie Smithie. Jego wina przewijały się już przez bloga, zresztą poświęcony zostanie mu osobny materiał, a wina z Charles Smith Winery dostępne są również w Polsce.

 

Typowa winnica w okolicy Walla Walla. Łagodne wzgórza, obsadzone winoroślą i bardzo gorący klimat – dojrzałość owocu gwarantowana.

Winami z Walla Walla ciężko się znudzić. Zarysowałem zaledwie drogę do drzwi kilku winiarni godnych odwiedzenia w tym regionie. Koniecznie spójrzcie dokładniej na tamtejsze etykiety, zwłaszcza jeżeli zamiast ogólnej AVA Columbia Valley pojawiają się nazwy słynnych winnic takich jak: Seven Hills, Les Collines, Pepper Bridge, czy też Blue Mountain. Samo też miasteczko Walla Walla żyje i tętni enoturystyką. W centrum znajdziecie przyjemne kajpki, niezłe winebary i bardzo szeroką ofertę związaną z degustacją win, a także zwiedzaniem pobliskich winnic i winiarni. 20 lat temu, kiedy do Walla Walla przyjechał JeanFrançois Pellet , tego wszystkiego nie było. Teraz Walla Walla w niczym nie ustępuje, jeżeli chodzi o swoją ofertę i możliwości, od Napa, czy też Willamett Valley. Pod wieloma względami jest dla mnie bardziej interesującym miejscem, również jeżeli chodzi o ludzi, szczere, proste relacje i klimat towarzyszący winiarskim spotkaniom.

Powrót do Walla Walla.

W mojej ostatniej podróży poprzez USA wiele było win, które zostały w mojej pamięci. Takich, które sprawiają, że chciałbym tutaj zostać na zawsze. Nigdy nie zapomnę doskonałych Pinot Noir z Willamate Valley oraz niezwykle czystych i intensywnych Syrah z Washingtonu. Jednak nieprzypadkowo to region Walla Walla znalazł się na mojej liście „must to see and taste” podczas tego wyjazdu. W pewnym sensie był to powrót do win, które miałem okazję poznać podczas targów Prowein w Dusseldorfie. A przede wszystkim podróż poprzez wina, które wyszły spod ręki Jean-François Pellet. Przepis na te wina z pozoru wydawał się prosty: dwie winiarnie, ten sam winemaker, ci sami właściciele. to samo unikalne terroir i odmiany, głównie bordoskie, natomiast rezultat był co najmniej niezwykły. Totalnie różne wina, niesamowita różnorodność blendów, a to wszystko dzięki wielkiej wiedzy i doświadczeniu winemakera. To jedna z tych rzeczy, które zachwycają mnie w amerykańskim winiarstwie – eksponowanie ludzi, którzy stoją za konkretnymi winami. A rola jaką odgrywa Jean-François na lokalnym, winiarskim poletku, jest nie do przecenienia. Prawdziwy człowiek orkiestra, który oprócz tworzenia win w dwóch świetnych winiarniach – Pepper Bridge Winery i Amavi Cellars znajduje także czas by wspierać rozwój lokalnej społeczności (m.in. poprzez organizację VINEA). Jean’a miałem okazję poznać w Niemczech podczas targów Prowein, jest autorem świetnego blendu Trine, którego recenzję z rocznika 2012 znajdziecie na blogu. To właśnie sztuka kupażu jest tak charakterystyczna dla winiarzy z Walla Walla. Wszyscy robią Cabarnet Sauvignon, czy Merlot, ale to właśnie szczegółowa kompozycja blendu, sposobu winifikacji, czy dojrzewania warunkuje, że to co znajdujemy w butelce z Walla Walla jest wyjątkowe. Ogólne przepisy mówią tylko o tym, że podstawowej odmiany musi być co najmniej 75% w blendzie, aby jej nazwa mogła znaleźć się na etykiecie.

Jean-François Pellet jedna z najbardziej zapracowanych, a zarazem rozpoznawalnych osób w Walla Walla. Człowiek orkiestra, a przede wszystkim genialny winemaker.

Zazwyczaj nie przepadam za Merlotem, szczególnie przez jego nadmierną owocowość i tendencję do dawania win z wysokim poziomem alkoholu. Merlot również nie posiada tak wyrazistych tanin jak chociażby Cabernety. Jednak Merlot 2013 z Pepper Bridge pije się z przyjemnością, może dzięki dodatkowi Cabernet Franc i Malbec. Poza świetną strukturą i gęstością, uderza wysoka kwasowość, która właśnie tą strukturę buduje – kolejna charakterystyczna cecha win z Walla Walla. Pepper Bridge to naprawdę wina poważne, gęste, długo dojrzewające, a mimo to posiadające tą świeżość, sprężystą kwasowość. Właśnie postawienie na wina bardziej wertykalne w swojej budowie odróżnia winiarstwo Waszyngtonu od Kalifornii.

W Cabernet Sauvignon 2012 Pepper Bridge przebijają się nuty tak charakterystyczne dla dobrego CabSa, pomimo dodatków w postaci Merlot, Malbec, Petit Verdot i Cabernet Franc. Niesamowicie zbalansowane wino, z wyczuwalną papryką, porzeczkami, jeżynami, lekką mentolowością w końcówce oraz bezbłędnym użyciem beczki. Ikoniczne.

Kolejne roczniki Cabernet Sauvignon z Amavi Cellars i Pepper Bridge dojrzewają w beczkach z dębu francuskiego.

Ciekawym doświadczeniem było porównanie kupażu Trine z najnowszego dostępnego rocznika 2013 z wersją z 2012 roku (która tak bardzo zachwyciła mnie w Dusseldorfie). Wino będące w pewnym sensie popisem winemakera, wariacją na temat kupażu bordoskiego. Oczywiście w każdym roczniku inny jest skład ilościowy odmian użytych do jego produkcji. W Trine 2012 pierwsze skrzypce odgrywa Cabernet Franc i to czuć w jego roślinnej ekspresji. Jest to zdecydowanie mój ulubiony styl, gdzie mocne taniny oraz właśnie owa zieloność poparta jest odpowiednią wagą i ciałem wina. Rocznik 2013 Trine zdawał się miększy, bardziej owocowy, gładki. Rekordowo ciepły rocznik pozwolił doskonale dojrzeć Cabernet Sauvignon. Nie oznacza to jednak, że wino straciło cokolwiek ze swojej kwasowości w tym wydaniu.

Amavi Cellars, czyli drugi projekt Jean-François Pellet również prezentuje się bardzo ciekawie. Teoretycznie to trochę tańsze, a co za tym idzie bardziej przystępne wina, których produkcja została oparta przede wszystkim o Semillion i Syrah oraz Cabernet Sauvignon. Wina z pozostałych odmian wypuszczane są w niewielkich, butikowych ilościach, na potrzeby degustacji w winiarni. Znajdziemy wśród nich między innymi wino Ceres, które od kilku lat stanowi 100% Tempranillo. W roczniku 2014 kusi przyprawami orientalnymi, pieprzem i kardamonem, ładnie opakowane w francuską beczkę.

Natomiast moją szczególną uwagę przykuło Cabernet Sauvignon 2013, pozwoliłem sobie na nagranie poniższego materiału video z degustacji tego wina:

Oprócz CabSa (76%) w blendzie tym znalazł się Cabernet Franc, Merlot, Petit Verdot, Syrah i Malbec. Wino świetnej jakości, zdradliwie pijalne, z klasyczną wręcz porzeczką i zielonym pieprzem w aromacie.

Z całą pewnością warto zainteresować się winami zarówno z winiarni Pepper Bridge, jak i Amavi Cellars, nie tylko ze względu na ich wysoką jakość, ale również historię ludzi odpowiedzialnych za ich powstanie.

Optyczny sorter winogron gotowy do pracy, jedna z „zabawek” JFP, której jest współtwórcą.

W następnym wpisie oprowadzę Was po pozostałych interesujących winnicach stanu Waszyngton. Do USA podróżowałem na koszt własny, w degustacjach w Pepper Bridge Winery i Amavi Cellars uczestniczyłem na zaproszenie JFP.

Gorące serce stanu Washington – Walla Walla Valley

Stan Washington na zachodnim wybrzeżu USA (zaraz na południe od granicy z Kanadą) to prawdziwe winiarskie Eldorado. Niestety zaledwie ułamek promila z tych dobroci dociera do Europy, a do Polski to już w ogóle można zapomnieć. W Washington króluje różnorodność, poszczególne apelacje (AVA) różnią się między sobą zarówno klimatem i jak i glebami. W zasadzie spotkamy tutaj każdy, nadający się do uprawy winorośli rodzaj podłoża – gleby wulkaniczne, piaskowce, lessy, margle, wapienie. Do tego należy dołożyć niezwykle zróżnicowane warunki klimatyczne. W stosunkowo chłodnym Puget Sound (okolice Seattle) znajdziemy Pinot Noir, Yakima Valley słynie ze swoich Rieslingów i Chardonnay, w niewielkim Red Mountain powstają jedne z najbardziej podziwianych Cabernet Sauvignon – takich jak Quilceda Creek, natomiast gorąca Walla Walla to ojczyzna wybitnych Syrah. Generalnie jest często gęsto i aromatycznie, ale jednocześnie wielu winiarzy unika wypatrzeń kalifornijskich, jeśli chodzi o użycie beczki. Sporo etykiet jest także bardzo subtelnych, eleganckich, wręcz europejskich w wykonaniu. Co więcej większość krzewów winorośli uprawianej w tym stanie rośnie bez podkładek, na własnym korzeniu. Generalnie izolacja regionów winiarskich w Washington, dzięki górom Kaskadowym, sprawia że problem filoksery tam nie występuje.

Wśród wszystkich tych naprawdę niezłych win, które można było spróbować podczas targów Prowein 2016, jedno szczególnie przypadło do gustu moim kubkom smakowym. Trine 2012 to blend 5 odmian bordoskich i jest dziełem winemakera Jean-François Pellet z Pepper Bridge Winery.

Wino w roczniku 2012 zdobyło 92 punkty w Wine Advocate. Jean-François Pellet został wybrany winemakerem roku w stanie Washington (Washington Wine Awards). Sama winnica Pepper Bridge to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek z Walla Walla.

Wino otrzymałem od winemakera Pepper Bridge Winery.

Legenda amerykańskiego winiarstwa – 1 urodziny bloga :)

Ponad rok temu zacząłem publikować pierwsze wpisy na stronie dolinamozeli.blog.pl (pierwszy wpis), jednocześnie zacząłem nagrywać materiał video i zamieszczać go na swoim kanale w serwisie Youtube. Jeśli cofnąć się w przeszłość, to swoich sił próbowałem z importem wina (głownie Rieslinga) znad Mozeli (Niemcy). Sama pasja do wina rozbudziła się we mnie jakieś 10 lat temu w Niemczech, gdzie stawiałem swoje pierwsze kroki w świadomym próbowaniu wina dzięki odpowiednio zaopatrzonej piwniczce wujka.

Dość długą drogę dojrzewania i rozwoju przeszedłem, aby spróbować uznawanego za jedno z najlepszych Cabernet Sauvignon z winiarnii Quilceda Creek (Washington, USA). Mam nadzieję, że to troszkę jak z tym winem – najlepsze jeszcze przede mną. Oczywiście nie byłoby to możliwe, bez wielu ciekawych i inspirujących osób. Moich przyjaciół z USA, z Norwegii, Polski, Niemiec, bez nich mój winny świat byłby z pewnością uboższy. Dzięki również tym wszystkim, którzy czytają i oglądają tego bloga, bo bez Was nie miałbym motywacji, aby nagrywać filmy i opisywać wina.

Marketing, czy też sposób na Pinota?

O jednej z przyczyn popularności odmiany Pinot Noir w USA wspominałem wielkrotnie na blogu. Chodzi oczywiście o kultowy film Sideways (Bezdroża). Jednak nie jest to jedyny powód wielkiego szaleństwa na punkcie Pinota tutaj. Jest o oczywiście trudna odmiana winorośli, która w odpowiednim miejscu (czytaj w Burgundii) i w odpowiednich rękach (czytaj u burgundzkich winiarzy) może dawać fenomenalne rezultaty. Wielu uważa Pinota za swoisty Święty Graal sztuki winiarskiej, wino doskonałe. Coś takiego moim zdaniem nie istnieje, ale w dużej mierze ludzi kupują Pinot Noir na zasadzie skojarzeń.

Pinot Noir = Burgundia = Wielkie Wino (przez duże „W”)

Amerykanie, którzy są mistrzami w sprzedaży wszystkiego i w kreowaniu potrzeb konsumentów, mają ogromny rynek i zapotrzebowanie na wino. Również takie, które sprzedaje się tylko dlatego że ma etykietkę Pinot Noir. Dlatego zapraszam do posłuchania kilku słów o PN w Stanach. Także takich, które są tylko marketingową wydmuszką, sposobem na dotarcie do przeciętnego, niezbyt wyrobionego konsumenta.

Nie samym Pinot Noir amerykańskie winiarstwo stoi.

Dojrzały Malbec z 2008 roku. Nefarious Cellars to nie tylko świetna etykieta, ale również bardzo dobre wino z dość młodej AVA Chelan, oczywiście w stanie Washington. Wino jest zaskakująco wytrawne, przy całym swoim wysokim ekstrakcie, niewątpliwym użyciu beczki i przyprawowym charakterze, nie wyczujecie tutaj ani grama słodyczy. Za to uwiedzie Was paprykowym charakterem, którym mógłby konkurować z nie jednym Cabernet Franc. Świetne wino.

Apothic Dark 2014, blend czerwonych szczepów z Kalifornii. Nie jest istotne w dużej mierze jakich, pewnie dominacja Cabernet Sauvignon, sądząc po aromacie i taninach. Jednak nie jest to wino nad którym warto się rozwodzić. Jedyny powód dlaczego znalazło się na blogu jest taki, że próbując go z enomatica w lokalnym markecie Savi miałem raczej negatywne doświadczenia. Zbyt bardzo przerysowana kwasowość, bardzo nad ekstraktywne, niesamowicie wręcz porzeczkowe (liście) i niezbalansowane. Próbując go w ten sam wieczór (zupełnie przypadkowo) ze świeżo otwartej butelki, charakter wina zmienił się diametralnie. O ekscytacji nie mogło być mowy, ale wino wydało się gładkie, harmonijne, z dobrze zaakcentowanymi taninami. Znikła cała ta sztuczna porzeczkowość.

Natomiast nad tym Cabernet Sauvignon 2013 ze stanu Washington warto się dłużej pochylić. Wino to jest drugą etykietą Chateau Smith, prowadzonego przez kontrowersyjnego, utalentowanego winemakera Charles’a Smith’a. Najważniejszym miejscem działalności tego ekscentryka jest słynna Walla Walla Valley (Washington), choć nie tylko. Oczywiście winiarz ten, jak prawie każdy, jest bardzo przywiązany do swojej pracy, którą uważa za rodzaj sztuki. Nie znosi krytyki, potrafi w bardzo dosadny sposób wyrazić co myśli o tych, którzy nie podzielają zachwytu nad jego winami. Amerykańskie „fuck” nabiera tutaj zupełnie nowego znaczenia i mocy rażenia :P Wracając do wspomnianego CabSa, to wino jest świetnie zbalansowane, bardzo dobre, delikatnie tylko drapiące taniny. W aromacie dominują nuty cedrowe, paprykowe, natomiast w ustach z czasem pojawia się przyjemna wiśnia podparta pikantnym finiszem.

Ciąg dalszy american wine stories nastąpi wkrótce :)

Cabernet Sauvignon po amerykańsku.

W USA każdy powód jest dobry, aby otworzyć butelkę wina, najlepiej miejscowego. A jak nie ma jakiejś wyjątkowej okazji, to zajrzyjcie do kalendarza amerykańskiego winomaniaka. Tak się składa, że 27.08 przypada International Day of Cabernet Sauvignon*. Jest to niezła okazja, aby przypomnieć o tej najbardziej rozpoznawalnej z czerwonych odmian winorośli. Cabernet Sauvignon rośnie na całym świecie, tam gdzie jest ciepło i słonecznie. Przygotowałem na na ten dzień wino specjalne, które dostałem od mojego przyjaciela Mikala. Zupełnie przypadkiem złożyło się też, że sierpień jest miesiącem win ze stanu Washington.

* Okazuje się, że International Day of Cabernet Sauvignon został przeniesiony na 3.09 – shit happens.

Jako metryczka wina, w tym przypadku, może posłużyć zdjęcie kontretykiety. W butkiowej, rzemieślniczej winiarni dbają o każdy szczegół, również wizualnie:

kontra

Wino jest bardzo złożone, zupełnie inne od ustrzelonego w punkt Cabernet Sauvignon 2010 z Napa Valley (Robert Mondavi), o którym przeczytacie na blogu tutaj. Zdecydowanie wino z Cuillin Hills, to trunek medytacyjny, zmieniający się z czasem w kieliszku i dekanterze, ale dający bardzo dużo przyjemności.

Odcinek, w pierwszej swojej części jest dość edukacyjny, jeżeli chodzi o sam szczep, o modę na Cabernet Sauvignon w USA i o wina z Bordeaux. Dlatego, zamieszczam Wam poniżej mapkę regionu Bordeaux. Ostoją CabSa jest oczywiście Medoc (lewy brzeg), choć chyba już nigdzie nie jest to odmiana dominująca. Dla przypomnienia sławny Petrus Pommerol to prawie 100% Merlot.

żródło: winefolly.com

Ponieważ znajomość AVA (American Viticultural Area) – rodzaju apelacji w USA, nie jest zbytnio rozpowszechniona w Polsce, zamieszczam również mapkę, przedstawiającą AVA w stanie Washington. Oczywiście największa produkcja win w Stanach Zjednoczonych jest w Kalifornii, ale tzw. północny-zachód (czyli Oregon i Washington), również rośnie w siłę. Bardzo ważnym wyznacznikiem jakości winiarstwa w stanie Washington, zdaje się fakt, że ani jeden krzew winorośli nie jest posadzony na amerykańskiej podkładce. Filoksera trzyma się z dala, od tego regionu. Co więcej po kanadyjskiej stronie granicy, znajduje się uznany region British Columbia (skąd próbowałem całkiem niezłego Malbeca). Wcale nie jest tam, więc aż tak zimno, jakby nam się zdawało.

żródło: winefolly.com

A Wy jakie Cabernety lubicie? Sięgacie od czasu do czasu po wino z tego szczepu, czy też uważacie je za zbyt pospolite?

Amerykański sen – USA vs. Canada

Przeglądając „Kurs Wiedzy o Winie” Kevina Zraly’ego zawsze fascynowały mnie rozdziały opisujące winiarstwo w Ameryce Północnej. Zraly, uważany za jednego z najlepszych edukatorów w kwestii wina, posiada bardzo amerykocentryczne podejście, co zresztą, z jego punktu widzenia jest zrozumiałe. W Polsce dostępność win spoza Europy – tzw. Nowy Świat nie jest najgorsza. Ameryka Południowa, Australia, Nowa Zelandia, czy RPA są całkiem nieźle reprezentowane. I to zarówno w wersjach budżetowych (marketowych), jak i premium, a przede wszystkim w całym bogactwie uczciwie wycenionych butelek na półkach sklepów specjalistycznych, czy winebarów. Natomiast wina z USA, czy też Kanady, to już zupełnie inna historia. Oczywiście na rynku polskim, jak najbardziej dostępne jest w każdym sklepie osiedlowym i na każdej stacji benzynowej Carlo Rosi, najpopularniejsze kalifornijskie wino. O tym, dlaczego nie warto tego wina próbować było już na blogu tutaj.

Drużyny USA i Kanady poprowadzili przez tą degustację specjaliści: wina Roberta Mondaviego – Jerzy Skałka (Partner Center), wina kanadyjskie – Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

W degustacji, która odbyła się 7 sierpnia, w Magazynie Wina w Krakowie zmierzyły się ze sobą dwa różne stylistycznie światy z Ameryki Północnej. W lewym narożniku tytułu championa broniły wielokrotnie doceniane wina z USA, które sygnowane są nazwiskiem najsłynniejszego na świecie producenta win – Roberta Mondaviego. Naprzeciw słonecznej Kalifornii, w prawym narożniku, prezentowały się dumne wina z wbrew pozorom, wcale nie takiej chłodnej Kanady. Zdecydowanie miały przewagę liczebną, wzmocnioną obecnością dwóch ice wine’ów (win lodowych). Jednak, nie uprzedzajmy faktów.

Do Krakowa licznie przybyli zawodnicy zarówno z USA, jak i z Kanady. Na szczęście nie zabrakło win białych i lodowych w ten ciepły, sierpniowy wieczór.

O wielkości i genialności Roberta Mondaviego napisano całe tomy. Był wizjonerem, który potrafił porwać całą rzeszę ludzi, narzucić dużemu regionowi styl powstających w nim win. Bez jego udziału nie byłoby także genialnej pozycji, jaką jest Opus One (jedno z najlepszych i najdroższych win świata). Mam również bardziej osobiste skojarzenia z winami Mondaviego. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z degustowaniem wina, parę ładnych lat temu jedną z pierwszych, świadomie wybranych butelek, był popularny Woodbridge. Marka win, która może i niczego nie urywała, ale w zamyśle Roberta Mondaviego miała być codziennym, dobrym winem dla Amerykanów.

Tym winem można się zachwycić. Kosztuje, nie mało. Polecam, jeżeli chcecie poznać bardzo dobre Cabernet Sauvignon z Kalifornii.

Z białych zawodników w degustacji USA vs Canada Mondavi wystawił Twin Oaks Chardonnay 2013. Seria Twin Oaks w swej idei jest zbliżona właśnie do Woodbridge, codzienne, przystępne wino (również cenowo). Wszystkie cechy beczkowego Chardonnay były wyczuwalne i nawet wkomponowywało się to jakoś w całość materii wina. Jednak wino było krótkie, zdecydowanie zbyt szybko się o nim zapominało, smak urywał wręcz momentalnie. Najbardziej obawiałem się kondycji Pinot Noir 2012 z wyższej (podstawowej) linii Mondaviego, czyli Privat Selection. I słuszne były te moje obawy, winu nie pomogło nawet podanie w odpowiedniej, czyli niższej temperaturze. Słodkie, odbeczkowe nuty przykryły całą, potencjalną finezję Pinot Noir, której chyba nie było zbyt wiele w tej butelce. Na szczęście kolega Zinfandel 2013, z tego samego pułapu Privat Selection uratował sytuację. Oczywiście w tej cenie, nie spodziewajcie się u Mondaviego fajerwerków, które znajdziecie w Seven Deadly Zins, jednak jest to bardzo przekonująca interpretacja tego najbardziej kalifornijskiego szczepu na świecie. Ziołowy, tytoniowo-paprykowy nos może się podobać, wino zaleca się również umiejętnie wkomponowaną beczką, co przy lekkiej, trochę nawet zwiewnej strukturze wina, jest sporym osiągnięciem. Zawodnikiem wagi ciężkiej, po którego sięgnęła drużyna z USA, był Cabernet Sauvignon 2010, oznaczony jako Napa Valley (oznacza to oczywiście słynną miejscówkę w Napa, z której pochodzą winogrona). Wino całkiem tęgie, chociaż tych solidnych 14,5%, w ciepły, sierpniowy wieczór, nie czuć w nim ani trochę. Jak dla mnie jest to Cabernet Sauvignon ustrzelony w punkt. Sporo w nim charakterystycznej porzeczki, przypraw, pieprzu, czerwonych owoców. Z czasem wychodzą dymne niuanse i wyraźniejsza staje się czereśnia. Taniny są gładkie, a beczka tylko zarysowana subtelną wanilią. Wino w żadną stronę nie jest przesadzone. Można by go podawać jako referencyjne dla tego szczepu, robionego w USA. A pomimo tej harmonii, w żadnym wypadku nie wydaje się nudne, wręcz przeciwnie, nad kieliszkiem można byłoby spędzić cały wieczór.

Porównanie położenia geograficznego regionów w Kanadzie z europejskimi krajami winiarskimi. (zdj. z http://winecountryontario.ca/).

Po takiej zagrywce, ze strony drużyny Mondaviego, po przerwie, przyszedł czas na zaprezentowanie się zawodników z Kanady. Wszystkie wina pochodziły od producenta Lakeview Cellars, który uprawia winorośl w regionie Niagary (niedaleko jeziora Ontario). Z winami kanadyjskimi miałem już wcześniej do czynienia w ramach targów Prowein 2015 w Dusseldorfie. Smakował mi zwłaszcza Vidal i Cabernet Franc, które powstały w winnicy Coyote’s Run. Dowiedziałem się wtedy również jak błędne jest przekonanie o mroźnej i nieprzyjaznej Kanadzie, podczas, gdy zielony pas uprawy winorośli w tym kraju oferuje warunki geograficzne zbliżone do Bordeaux. Nie było to więc moje pierwsze spotkanie z winiarską Kanadą, ale nie ukrywajmy, importer Best Canadian Ice Wine to jest jedyny importer win kanadyjskich do Polski. Na Prowein wystawcy kanadyjscy nie wyrażali większego zainteresowania eksportem win do naszego kraju.

Wróćmy jednak do pojedynku Mondavi vs. Lakeview Cellars. Jako pierwszy zawodnik w barwach Kanady, zaprezentowało się beczkowane Chardonnay 2013 z budżetowej wersji Benchmark. Dobrze skrojone, dość gęste, ze sporą dawką aromatów pochodzących od beczki. Klasyczne i zarazem bez rewelacji. Kolejną bielą, która chciała się przypodobać, był Sauvignon Blanc 2013 (z wyższej półki tego producenta). Ładne i rześkie, z liśćmi porzeczki, mineralnością na języku i dość surową stylistyką. Na pewno lepsze niż poprzednik, chociaż troszkę drogie. Bardzo skutecznym napastnikiem w mojej ocenie okazał się kupaż Cabernet (Sauvignon i Franc) oraz Merlot 2012, znów z podstawowej linii Benchmark. Lekkie wino, które moim zdaniem sprawdzi się świetnie do jedzenia. Fajna, wyważona kwasowość, troszkę nut drewnianych i warzywno-łodygowego rysu. Czuć, że nie poskąpili tam Cabernet Franca. Owoc wydawał się troszkę schowany, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Natomiast czysty Cabernet Sauvignon 2012, z serii premium, totalnie mi się nie podobał. Co więcej, podchodziłem do tego wina na 2 razy, no bo dałem mu drugą szansę, w końcu z medalami przyjechał, niech ma. Kwasowość sztuczna, jakby wzięta bezpośrednio z butelki z napisem acid. Z owoców wiśnia, troszkę dymnych i od beczkowych wątków, które nijak się w tym winie nie spinały. Wolałbym wrócić do poprzednika.

Jako zwieńczenie wieczoru, przedstawiły się dwa wina lodowe (ice wines). Dla Kanady równie naturalne, jak klasyczne eiswein’y dla Niemiec. Co więcej, ostatnimi czasy ciężko jest zrobić wino lodowe w Niemczech, również nad Mozelą. Ciepłe zimy nie pozwalają przetrzymać gron na -7 stopniowym mrozie, co jest warunkiem koniecznym, aby otrzymać skoncentrowany, bogaty i esencjonalny trunek. Tak więc wielkość produkcji win lodowych w Ameryce Północnej przewyższa z pewnością tych produkowanych w Niemczech. Na pierwszy ogień poszedł ice wine ze szczepu typowego dla Kanady, hybrydowego Vidal 2013 (Lakeview Cellars). Jeszcze młodziutki, ale z fajnym, petrolowym zacięciem. Sporo aromatów i smaków migdałów, orzechów, suszonych owoców, gęstość likieru oraz to co najlepsze przy tak wysokiej słodyczy resztkowej – całkiem niezła kwasowość. Dzięki temu, wino jest mega pijalne, aż żal, że Kanadyjczycy butelkują je w pojemnościach 200 ml. Na sam koniec pokazał się ice wine ze szczepu Cabernet Franc 2011. Pierwszy raz miałem okazję próbować wina lodowego, z czerwonej odmiany. Malinkowy, ultra delikatny kolor, a w nosie aż zakręciło mnie od truskawek, dżemu i powideł. W ustać czuć ciężar gatunkowy i ogrom cukru resztkowego. Ciągnie się w nim długi posmak poziomki i podwędzanej śliwki. Z tych dwóch win lodowych, Vidal z pewnością jest bardziej przystępny i pijalny, Cabernet Franc ciężko zdegustować więcej niż kieliszek, za jednym posiedzeniem.

Czerwony Ice Wine (Cabernet Franc) – poważna sprawa.

Ciężko ogłosić jednoznacznego zwycięzcę tego amerykańskiego pojedynku. Z całą pewnością Cabernet Sauvignon 2010 z Napa Valley to wino kompletne i wykończone w najdrobniejszym szczególe. Polecam je zwłaszcza w związku ze zbliżającym się International Day of Cabernet Sauvignon, który wypada 27/28 sierpnia (zależnie od przesunięcia czasowego). Na pewno pojawią się wtedy na blogu degustacje CabSa i jakieś informacje na temat tej najpopularniejszej czerwonej odmiany Vitis Vinifera.

Natomiast kanadyjskie wina lodowe to również wyroby wyjątkowe, robione ze szczepów niespotykanych w tego typu produkcji w Europie. Czuć w nich zarówno kunszt winiarza, jak i nowo-światową swobodę interpretacji tego klasycznego dla słodkich win stylu.

Degustacja w Magazynie Wina (w Krakowie) cieszyła się sporą frekwencją. Do rzadkości należą, jednak degustacje win z Ameryki Północnej.

Wina Roberta Mondaviego przedstawiał Jerzy Skałka (Partner Center), natomiast wina z Kanady prezentował Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

Degustowałem w Magazyn Wina na koszt własny.