Winny Wtorek 07.03.2017 – czyli Chardonnay freestyle

W niniejszej edycji Winnych Wtorków wypowiadam parę słów na temat win z najpopularniejszej białej odmiany – Chardonnay. Dwa wina, oba francuskie, oba z tego samego rocznika (2014) i z bardzo umiejętnie użytą beczką. Pełen szacunek dla producentów: Jacques Girardin oraz Baud Pere & Fils.

Degustowane wina nabyłem drogą kupna – sprzedaży.

Pozostali uczestnicy WW, którzy zmagali się ze swoją sympatią lub antypatią do wszędobylskiej Szardonki:

Winniczek

Nasz Świat Win

Czerwone czy białe

Pisane winem

Winiacz

Angielskie wina musujące – Gusbourne

Wina musujące to jeden z najwdzięczniejszych tematów, któż z nas nie lubi bąbelków. Drogie i prestiżowe szampany, przyjemne i estetycznie spójne cavy, czasem surowe, ale również emocjonujące sekty, czy nawet lekkie i radosne prosecco. W tym zestawieniu brakuje jednak win, które od lat podbijają winiarski świat, stały się prawdziwym przebojem i symbolem bąbelkowej ekstraklasy – wina musujące z Anglii.

Oczywiście w pierwszej chwili myśląc Wielka Brytania nie mamy przed oczyma krajobrazów obsadzonych winoroślą, również kultura spożywania trunków alkoholowych kojarzy nam się bardziej z piwem w stylu ale lub ewentualnie szklaneczką whisky. A jednak kraj ten znajduje się w czołówce producentów win musujących, przynajmniej jeśli chodzi o poziom proponowanych win, jak również ich ceny. Brytyjskie musiaki są po prostu drogie.

Kiedyś czytając o tych winach miałem wyobrażenie, że sadzi się w Anglii głównie odmiany hybrydowe, w tym tak uznawanego i w jakimś sensie wypromowanego przez Brytyjczyków Seyval Blanc. Na największych targach winiarskich na świecie - Prowein 2016 w Dusseldorfie przekonałem się jak mylne były te imaginacje. Wystawiali się tam głównie producenci z regionów południowo-wschodniej Anglii – Kent i Sussex, które w pewnym, bardzo dużym uproszczeniu zbliżone są geologicznie do Szampanii. Różnice wynikają przede wszystkim z dużo mocniejszego oddziaływania na te tereny Kanału La Manche i wybrzeża generalnie. W tym regionie w przeciwieństwie do Walii i Kornwalii stawia się przede wszystkim na klasyczne odmiany szampańskie – Chardonnay, Pinot Noir oraz Pinot Meunier. Powstające zaś wina generalnie mogą być blendem (w różnych proporcjach) wszystkich trzech odmian. Takie wino nazywa się zazwyczaj Cuvee, Cuvee Prestige lub Cuvee Reserve i jest podstawowym winem danego producenta. Oprócz tego często powstają Blanc de blancs (czyste Chardonnay) oraz Rose (które rzadko jest 100% Pinot Noir). To co od razu dostrzega się próbując angielskich win musujących to ich rocznikowość. Spora część win jest butelkowana jako vintage, a niektóre posiadłości w ogóle rezygnują z wypuszczania wersji non vintage (NV). Wynika to przede wszystkim z dużej zmienności roczników oraz bardzo indywidualnego podejścia do każdego wina. Winiarze nie szukają powtarzalności smaku (a tym samym marki), tak jak ma to miejsce w przypadku szampanów, ale pozwalają sobie na eksperymentowanie i szukanie w każdym kolejnym roczniku czegoś unikalnego. Przykładowo w słabym roczniku 2012 zabutelkowano 6 razy mniej wina niż w przypadku roku 2014 (dane z english wine producers).

Poniżej prezentuję Wam film z degustacji win od jednego z najbardziej robiących na mnie wrażenie producentów - Gusbourne Estate.

Same wina są po prostu pyszne, zwłaszcza Blanc de blancs z rocznika 2011, ze świeżym, cytrusowym (limonka, pomarańcza) aromatem i naprawdę świetną równowagą (kwasowość genialnie wkomponowana). Winnica znajduje się w Kent, nad brzegiem morza, a jej winemaker – Charlie Holland przykłada niezwykłą wagę do selekcji klonów winorośli, preferując te pochodzące z Burgundii, a nie z Szampanii. Nie śpieszy się również z wypuszczaniem kolejnych roczników, daje winu czas. Na Prowein 2016 prezentowany był rocznik 2011 i to był idealny moment dla tych win. Gusbourne zostało w roku 2015 wybrane angielskim producentem roku przez IWSC (International Wine and Spirits Competition).

Poza Gusbourne Estate kilku innych winiarzy również zaprezentowało świetne wina. Przede wszystkim jeden z czołowych producentów angielskich win musujących – Nyetimber. Jego Classic Cuvee 2010 pełen przypraw, ziół, migdałów i pieczonego jabłka mógłby być wzorcem dla niejednego szampana z górnej półki. Zresztą Nyetimber jest chyba najbardziej rozpoznawalną, cenioną i najczęściej nagradzaną marką angielskiego wina musującego na świecie. W pewnym stopniu symbolem sukcesów winiarstwa w Wielkiej Brytanii.

Również Ridgeview Estate z Sussex ze swoim ciekawym blendem Cavendish 2013 (przewaga Pinotów nad Chardonnay) robiło wrażenie. No i obok ich Blanc de blancs 2013 – bardzo mineralnego, wręcz kamienistego, nie można było przejść obojętnie.

Polecam jeszcze Hattingley Valley (wina bardzo ambitne) oraz Hambledon Vineyard (wina prostsze, ale sympatyczne). Natomiast zupełnie nie odnalazłem się wśród win „giganta” Chapel Down - raczej przeciętnie, największe wrażenie robił lekko słodkawy, pełen nut fermentacyjnych, nierocznikowy Pinot Noir w wersji Rose.

Jedyny problem w Polsce z angielskimi musiakami, poza oczywiście absurdalną czasem ceną niektórych win, to ich dostępność. Jest po prostu słaba. Często jednak jako naród jeździmy na Wyspy, warto więc przy okazji zapoznać się z osiągnięciami Brytyjczyków jeżeli chodzi o wino musujące i zapoznać się z paroma zacnymi rocznikami.

Wina degustowałem w ramach targów branżowych Prowein 2016 w Dusseldorfie.

Amerykański sen – USA vs. Canada

Przeglądając „Kurs Wiedzy o Winie” Kevina Zraly’ego zawsze fascynowały mnie rozdziały opisujące winiarstwo w Ameryce Północnej. Zraly, uważany za jednego z najlepszych edukatorów w kwestii wina, posiada bardzo amerykocentryczne podejście, co zresztą, z jego punktu widzenia jest zrozumiałe. W Polsce dostępność win spoza Europy – tzw. Nowy Świat nie jest najgorsza. Ameryka Południowa, Australia, Nowa Zelandia, czy RPA są całkiem nieźle reprezentowane. I to zarówno w wersjach budżetowych (marketowych), jak i premium, a przede wszystkim w całym bogactwie uczciwie wycenionych butelek na półkach sklepów specjalistycznych, czy winebarów. Natomiast wina z USA, czy też Kanady, to już zupełnie inna historia. Oczywiście na rynku polskim, jak najbardziej dostępne jest w każdym sklepie osiedlowym i na każdej stacji benzynowej Carlo Rosi, najpopularniejsze kalifornijskie wino. O tym, dlaczego nie warto tego wina próbować było już na blogu tutaj.

Drużyny USA i Kanady poprowadzili przez tą degustację specjaliści: wina Roberta Mondaviego – Jerzy Skałka (Partner Center), wina kanadyjskie – Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

W degustacji, która odbyła się 7 sierpnia, w Magazynie Wina w Krakowie zmierzyły się ze sobą dwa różne stylistycznie światy z Ameryki Północnej. W lewym narożniku tytułu championa broniły wielokrotnie doceniane wina z USA, które sygnowane są nazwiskiem najsłynniejszego na świecie producenta win – Roberta Mondaviego. Naprzeciw słonecznej Kalifornii, w prawym narożniku, prezentowały się dumne wina z wbrew pozorom, wcale nie takiej chłodnej Kanady. Zdecydowanie miały przewagę liczebną, wzmocnioną obecnością dwóch ice wine’ów (win lodowych). Jednak, nie uprzedzajmy faktów.

Do Krakowa licznie przybyli zawodnicy zarówno z USA, jak i z Kanady. Na szczęście nie zabrakło win białych i lodowych w ten ciepły, sierpniowy wieczór.

O wielkości i genialności Roberta Mondaviego napisano całe tomy. Był wizjonerem, który potrafił porwać całą rzeszę ludzi, narzucić dużemu regionowi styl powstających w nim win. Bez jego udziału nie byłoby także genialnej pozycji, jaką jest Opus One (jedno z najlepszych i najdroższych win świata). Mam również bardziej osobiste skojarzenia z winami Mondaviego. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z degustowaniem wina, parę ładnych lat temu jedną z pierwszych, świadomie wybranych butelek, był popularny Woodbridge. Marka win, która może i niczego nie urywała, ale w zamyśle Roberta Mondaviego miała być codziennym, dobrym winem dla Amerykanów.

Tym winem można się zachwycić. Kosztuje, nie mało. Polecam, jeżeli chcecie poznać bardzo dobre Cabernet Sauvignon z Kalifornii.

Z białych zawodników w degustacji USA vs Canada Mondavi wystawił Twin Oaks Chardonnay 2013. Seria Twin Oaks w swej idei jest zbliżona właśnie do Woodbridge, codzienne, przystępne wino (również cenowo). Wszystkie cechy beczkowego Chardonnay były wyczuwalne i nawet wkomponowywało się to jakoś w całość materii wina. Jednak wino było krótkie, zdecydowanie zbyt szybko się o nim zapominało, smak urywał wręcz momentalnie. Najbardziej obawiałem się kondycji Pinot Noir 2012 z wyższej (podstawowej) linii Mondaviego, czyli Privat Selection. I słuszne były te moje obawy, winu nie pomogło nawet podanie w odpowiedniej, czyli niższej temperaturze. Słodkie, odbeczkowe nuty przykryły całą, potencjalną finezję Pinot Noir, której chyba nie było zbyt wiele w tej butelce. Na szczęście kolega Zinfandel 2013, z tego samego pułapu Privat Selection uratował sytuację. Oczywiście w tej cenie, nie spodziewajcie się u Mondaviego fajerwerków, które znajdziecie w Seven Deadly Zins, jednak jest to bardzo przekonująca interpretacja tego najbardziej kalifornijskiego szczepu na świecie. Ziołowy, tytoniowo-paprykowy nos może się podobać, wino zaleca się również umiejętnie wkomponowaną beczką, co przy lekkiej, trochę nawet zwiewnej strukturze wina, jest sporym osiągnięciem. Zawodnikiem wagi ciężkiej, po którego sięgnęła drużyna z USA, był Cabernet Sauvignon 2010, oznaczony jako Napa Valley (oznacza to oczywiście słynną miejscówkę w Napa, z której pochodzą winogrona). Wino całkiem tęgie, chociaż tych solidnych 14,5%, w ciepły, sierpniowy wieczór, nie czuć w nim ani trochę. Jak dla mnie jest to Cabernet Sauvignon ustrzelony w punkt. Sporo w nim charakterystycznej porzeczki, przypraw, pieprzu, czerwonych owoców. Z czasem wychodzą dymne niuanse i wyraźniejsza staje się czereśnia. Taniny są gładkie, a beczka tylko zarysowana subtelną wanilią. Wino w żadną stronę nie jest przesadzone. Można by go podawać jako referencyjne dla tego szczepu, robionego w USA. A pomimo tej harmonii, w żadnym wypadku nie wydaje się nudne, wręcz przeciwnie, nad kieliszkiem można byłoby spędzić cały wieczór.

Porównanie położenia geograficznego regionów w Kanadzie z europejskimi krajami winiarskimi. (zdj. z http://winecountryontario.ca/).

Po takiej zagrywce, ze strony drużyny Mondaviego, po przerwie, przyszedł czas na zaprezentowanie się zawodników z Kanady. Wszystkie wina pochodziły od producenta Lakeview Cellars, który uprawia winorośl w regionie Niagary (niedaleko jeziora Ontario). Z winami kanadyjskimi miałem już wcześniej do czynienia w ramach targów Prowein 2015 w Dusseldorfie. Smakował mi zwłaszcza Vidal i Cabernet Franc, które powstały w winnicy Coyote’s Run. Dowiedziałem się wtedy również jak błędne jest przekonanie o mroźnej i nieprzyjaznej Kanadzie, podczas, gdy zielony pas uprawy winorośli w tym kraju oferuje warunki geograficzne zbliżone do Bordeaux. Nie było to więc moje pierwsze spotkanie z winiarską Kanadą, ale nie ukrywajmy, importer Best Canadian Ice Wine to jest jedyny importer win kanadyjskich do Polski. Na Prowein wystawcy kanadyjscy nie wyrażali większego zainteresowania eksportem win do naszego kraju.

Wróćmy jednak do pojedynku Mondavi vs. Lakeview Cellars. Jako pierwszy zawodnik w barwach Kanady, zaprezentowało się beczkowane Chardonnay 2013 z budżetowej wersji Benchmark. Dobrze skrojone, dość gęste, ze sporą dawką aromatów pochodzących od beczki. Klasyczne i zarazem bez rewelacji. Kolejną bielą, która chciała się przypodobać, był Sauvignon Blanc 2013 (z wyższej półki tego producenta). Ładne i rześkie, z liśćmi porzeczki, mineralnością na języku i dość surową stylistyką. Na pewno lepsze niż poprzednik, chociaż troszkę drogie. Bardzo skutecznym napastnikiem w mojej ocenie okazał się kupaż Cabernet (Sauvignon i Franc) oraz Merlot 2012, znów z podstawowej linii Benchmark. Lekkie wino, które moim zdaniem sprawdzi się świetnie do jedzenia. Fajna, wyważona kwasowość, troszkę nut drewnianych i warzywno-łodygowego rysu. Czuć, że nie poskąpili tam Cabernet Franca. Owoc wydawał się troszkę schowany, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Natomiast czysty Cabernet Sauvignon 2012, z serii premium, totalnie mi się nie podobał. Co więcej, podchodziłem do tego wina na 2 razy, no bo dałem mu drugą szansę, w końcu z medalami przyjechał, niech ma. Kwasowość sztuczna, jakby wzięta bezpośrednio z butelki z napisem acid. Z owoców wiśnia, troszkę dymnych i od beczkowych wątków, które nijak się w tym winie nie spinały. Wolałbym wrócić do poprzednika.

Jako zwieńczenie wieczoru, przedstawiły się dwa wina lodowe (ice wines). Dla Kanady równie naturalne, jak klasyczne eiswein’y dla Niemiec. Co więcej, ostatnimi czasy ciężko jest zrobić wino lodowe w Niemczech, również nad Mozelą. Ciepłe zimy nie pozwalają przetrzymać gron na -7 stopniowym mrozie, co jest warunkiem koniecznym, aby otrzymać skoncentrowany, bogaty i esencjonalny trunek. Tak więc wielkość produkcji win lodowych w Ameryce Północnej przewyższa z pewnością tych produkowanych w Niemczech. Na pierwszy ogień poszedł ice wine ze szczepu typowego dla Kanady, hybrydowego Vidal 2013 (Lakeview Cellars). Jeszcze młodziutki, ale z fajnym, petrolowym zacięciem. Sporo aromatów i smaków migdałów, orzechów, suszonych owoców, gęstość likieru oraz to co najlepsze przy tak wysokiej słodyczy resztkowej – całkiem niezła kwasowość. Dzięki temu, wino jest mega pijalne, aż żal, że Kanadyjczycy butelkują je w pojemnościach 200 ml. Na sam koniec pokazał się ice wine ze szczepu Cabernet Franc 2011. Pierwszy raz miałem okazję próbować wina lodowego, z czerwonej odmiany. Malinkowy, ultra delikatny kolor, a w nosie aż zakręciło mnie od truskawek, dżemu i powideł. W ustać czuć ciężar gatunkowy i ogrom cukru resztkowego. Ciągnie się w nim długi posmak poziomki i podwędzanej śliwki. Z tych dwóch win lodowych, Vidal z pewnością jest bardziej przystępny i pijalny, Cabernet Franc ciężko zdegustować więcej niż kieliszek, za jednym posiedzeniem.

Czerwony Ice Wine (Cabernet Franc) – poważna sprawa.

Ciężko ogłosić jednoznacznego zwycięzcę tego amerykańskiego pojedynku. Z całą pewnością Cabernet Sauvignon 2010 z Napa Valley to wino kompletne i wykończone w najdrobniejszym szczególe. Polecam je zwłaszcza w związku ze zbliżającym się International Day of Cabernet Sauvignon, który wypada 27/28 sierpnia (zależnie od przesunięcia czasowego). Na pewno pojawią się wtedy na blogu degustacje CabSa i jakieś informacje na temat tej najpopularniejszej czerwonej odmiany Vitis Vinifera.

Natomiast kanadyjskie wina lodowe to również wyroby wyjątkowe, robione ze szczepów niespotykanych w tego typu produkcji w Europie. Czuć w nich zarówno kunszt winiarza, jak i nowo-światową swobodę interpretacji tego klasycznego dla słodkich win stylu.

Degustacja w Magazynie Wina (w Krakowie) cieszyła się sporą frekwencją. Do rzadkości należą, jednak degustacje win z Ameryki Północnej.

Wina Roberta Mondaviego przedstawiał Jerzy Skałka (Partner Center), natomiast wina z Kanady prezentował Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

Degustowałem w Magazyn Wina na koszt własny.

Wina australijskie dla ambitnych.

Kilka lat temu wina z Australii wzbudzały we mnie jakieś emocje. Zwłaszcza gęste Shirazy, które stanowiły dla mnie synonim potężnego, dobrego wina. Podobnie postrzegałem też kalifornijskie Cabernety. Później pogłębiając swoją fascynację subtelnym, europejskim winiarstwem, ten przyciężkawy, nowo światowy styl przestał mnie fascynować. Aż do tego roku. Najpierw na Prowein przypomniałem sobie jak wspaniałe i wielowymiarowe mogą być amerykańskie Zinfandele, historię jednego z nich znajdziecie tutaj. Później dzięki dużej degustacji zorganizowanej przez Wine Australia w Warszawie w ramach Annual Trade Tasting. Miałem przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu zarówno w ramach degustacji komentowanej, jak i otwartej. Wisienką na torcie była dla mnie wizyta jednego z najlepszych moim zdaniem importerów win australijskich w Krakowie. Mowa oczywiście o panach z Wines United, którzy sprowadzane przez siebie butelki sprzedają pod szyldem Zakręcone Wina.

Nie zgadzam się z polityką australijskich organizacji winiarskich, w tym Wine Australia, które uważają, że zalewanie rynku marketowymi wyrobami marki Jacobs Creek, czy też Yellow Tail, przybliży konsumentom wina z Australii i spowoduje sięgnięcie po etykiety od lepszych producentów. Nie spowoduje. Jeśli opierałbym swoją opinię o poziomie australijskiego winiarstwa na bazie produktów tych dwóch mega wytwórni, to raczej odechciałoby mi się zgłębiania tematyki win z tamtych regionów. Zresztą po podobną retorykę sięga również California Wine Institute w odniesieniu do Carlo Rossi.

Zostawmy to jednak, wydarzenia w Warszawie i Krakowie były dla mnie o wiele ciekawsze niż przełamanie trendu spadkowego i nieznaczny wzrost eksportu win z Australii. Winiarstwo w tym kraju opiera się de facto o sprzedaż na rynki zewnętrzne. Dużo ważniejsza była możliwość poznania wielu dobrych i bardzo dobrych win z krainy kangurów, uświadomienie sobie, że te wina mogą się między sobą różnić, na zasadach jakie znamy ze Starego Świata. Są wśród nich wina terroir’ystyczne. A jednym z najlepszych producentów w tym nurcie, dostępnym w Polsce jest moim zdaniem d’Arenberg (McLaren Vale). Począwszy od ich najprostszej, a bardzo przyswajalnej linii The Stump Jump, poprzez wszystkie świetne etykiety z charakterystycznym, czerwonym paskiem (znak rozpoznawczy winnicy), aż po serię Icons, te wina nie męczą, nie nudzą się. Są na tyle charakterystyczne, że wśród kilkudziesięciu innych Shirazów, Chardonnay, Grenach z Australii potrafią przyciągnąć uwagę, pamięta się te wina.

bottle-deadarm

Na pewno dla mnie w Warszawie pojawiły się dwa doskonałe Shirazy i nie był to Penfolds, którego styl nazwałbym klasycznie ociężałym. Jednym z nich jest Dead Arm Shiraz 2010, ze wspomnianej już serii Icons. Wino gęste, pełne owocu, nut pieprznych i dymnych. Ciągle jeszcze sprawiające wrażenie młodzieniaszka dzięki żywej kwasowości świetnie współgrającej z powagą wina, nutami ziemistymi, wtopionej beczce. Zdecydowanie kieliszkiem tego wina powinno delektować się cały wieczór, a nie sporządzać szybkie notatki podczas degustacji. Ciekawa jest zresztą geneza nazwy tego wina, która pochodzi od choroby (grzyba), który sprawia że winorośl obumiera i pozostaje z niej właśnie takie zdrewniałe, martwe ramię (dead arm). W normalnej winnicy karczuje się takie nieproduktywne krzewy, jednak w d’Arenberg zauważyli, że takie egzemplarze dają niewielką ilość owoców, o niezwykłej wręcz koncentracji.

Drugi Shiraz, który wprawił mnie w zdumienie, był niedostępny w Polsce egzemplarz z St Mary’s Vineyard, rocznik 2012, region Limestone Cost. Bardzo czysty, troszkę kwiatowy nos, a w ustach gęsty owoc, z nutami ziołowymi i charakterystycznym porzeczkowym tonem. Podobnie jak Dead Arm, jest to wino mega złożone, trudne do wychwycenia niuansów w ciągu paru minut degustacji. Winnicę St Mary’s od d’Arenberg różni między innymi liczba wypuszczanych etykiet, zaledwie 5, skala produkcji. Jednak obie stosują tylko tradycyjne metody wytwarzania wina, w tym między innymi prasy koszykowe !!! Zresztą o trochę szalonym podejściu Chestera Osborna (d’Arenberg) i jego metodach kreacji wina znajdziecie tutaj.

10514166_843121522443132_3206634182821788888_o

A tymczasem w Krakowie, w Wine Barze Stoccaggio, również można było skorzystać z degustacji win z portfolio Wines United. Oczywiście tutaj atmosfera była już dużo bardziej kameralna, z prezentowanych win zaledwie 2 pochodziły od wspomnianego już d’Arenberg’a. Chardonnay Olive Grove 2012, z prawdziwą przyjemnością sięga się po taką interpretację beczkowanej Chardonki. Sporo nut brzoskwiniowych, troszkę miodowych, czy też kwiatu lipy, beczka zaledwie muśnięta, jest ale jakby jej nie było, przez co wino ani trochę nie traci na swojej sprężystości. Drugim był bardzo przyzwoity Grenache Custodian 2012. Bardzo drobne taniny, lekko zielona nuta, w tle przyprawy (kardamon?), a to wszystko obłożone świetnymi owocowymi aromatami – jeżynami, malinami i wiśnią.

11415341_986598954692709_5527052139369663264_n

Mógłbym jeszcze wspomnieć o innych producentach, innych etykietach, tylko po co, skoro dzieła Chestera Osborna sprawiają tak wiele przyjemności. Jednej rzeczy brakowało mi w prezentacji win zorganizowanej przez Wine Australia w Polsce. Sięgnięcia po taką Australię, jakiej sobie nie wyobrażamy, cały panel degustacyjny został zdominowany przez Shiraz, Cabernet Sauvignon, Chardonnay, Viogner, Riesling, GSM, zabrakło natomiast unikatów. Australijskie winiarstwo bardzo się zmienia, reaguje na potrzeby rynku i nie unika eksperymentowania. Sadzi się tutaj przecież odmiany włoskie, czy hiszpańskie, eksperymentuje z Gruner Veltlinerem. Tego wszystkiego zabrakło, było podręcznikowo, co nie znaczy, że nudno. Na szczęście Wines United próbowało pokazać coś nietypowego, a mianowicie dwa kupaże z winnicy Robert Johnson, czyli Dittico (Sangiovese + Shiraz) oraz mniej emocjonujące Trittico (Merlot + Sangiovese + Cabernet Sauvignon). Pierwsze wydało mi się czystsze, mniej przekombinowane, z wyraźnie zaznaczoną pieprznością Shiraza i jednocześnie nadającego mu lekkości, kwasowości i nut zielonych Sangiovese.

1

W Annual Trade Tasting (Wine Australia) uczestniczyłem na zaproszenie organizatorów, natomiast w degustacji w Wine Barze Stoccaggio, na koszt własny.

Winny Wtorek 07.04.2015 – niebeczkowe Chardonnay

W kolejnym Winnym Wtorku sięgam po Chardonnay nie dotknięte beczką. Zamiast znanej mi Górnej Adygi i świetnego Chardonnay od Aloisa Lagedera wybrałem mniej rozpoznawalnego producenta z Austrii. Kraj, w którym króluje Grüner Veltliner i Riesling oferuje nam całkiem sporą różnorodność, jeśli chodzi o szczepy i regiony. W Kremstal Thiery-Weber wypuszcza co roku kilkanaście różnych etykiet. Próbuję rocznika 2013, wrażenia z degustacji znajdziecie w materiale filmowym:

Materiał powstał przy współpracy z Wine Barem Stoccaggio w Krakowie i tam szukajcie tego wina.

czystość i autentyczność - Chardonnay z Kremstal

czystość i autentyczność – Chardonnay z Kremstal

Pozostali blogerzy w taki sposób zinterpretowali temat niebeczkowanego Chardonnay:

WINniczek - sięgnał po świetną butelkę z Alto Adige – Alois Lageder w podstawowej linii.

Italianizzato – dyskontowo, piknikowo.

Przy Winie - w hiszpańskich rytmach.

Czerwone czy białe - na Antypodach poszukuje Chardonnay bez beczusi

Winiacz - przegrzebuje wykopaliska

Nasz Świat Win - bezbłędna Australia

Nie masz wina nad węgrzyna, czyli Wine Concept świątecznie.

Świąteczny pociąg zabierający winomaniaków w wędrówkę po Węgrzech wyruszył ze stacji Wine Concept w Swoszowicach w zeszły piątek. Nieprzypadkowo wspominałem już wcześniej, że Tomek Wagner zna się na węgrzynach, zdecydowanie jest to jego bajka. Jak to często się zdarza na degustacjach, wina zaskakują. Te po których obiecujemy sobie dużo, nie sięgają naszych wygórowanych marzeń. Czasami też te, od których nie oczekujemy zbyt wiele, okazują się nad wyraz ciekawe i intrygujące. Tak też było podczas tej węgierskiej wycieczki. Podróżowaliśmy znad Balatonu, poprzez Villany, Somlo, Szekszard, po drodze zahaczając o Eger i kończąc w słodkim Tokaju. Wino, które znałem już wcześniej, wiedziałem czego się po nim spodziewać zostało dla mnie winem wieczoru – Olaszriesling 2013 od Kolonics z Somlo. Szczep, który wbrew nazwie z rieslingiem nie ma nic wspólnego. Bardzo miękkie i subtelne wino. W nosie sporo owocu, przetykanego aromatami kwiatowymi i miodowymi. W smaku pokazuje charakter, sporą dawkę mineralności, szczyptę soli i delikatną piołunową nutę. Do tego etykieta, która jest wizualnym majstersztykiem w zalewie graficznego przeciętniactwa na butelkach. Niby to tylko opakowanie, ale ludzie są w większości wzrokowcami, więc często wybierają i kupują wina oczami.

Stylistyka tego olaszrieslinga zarówno w kieliszku, jak i na butelce robi wrażenie.

Stylistyka tego olaszrieslinga zarówno w kieliszku, jak i na butelce robi wrażenie.

W całej tej węgierskiej eskapadzie, o dziwo, nie towarzyszył nam żaden Bock, nad którego Frankiem zachwycałem się tutaj. I na razie zdanie podtrzymuję, był to zdecydowanie najlepszy węgierski Cabernet Franc jaki miałem okazję próbować. Owszem pojawiło się wino z tego szczepu, CF z Szekszardu, rocznik 2011 od Sarosdi. Wino niezłe, z pieprzem, dość wysokimi taninami i wyczuwalnym drewnem. Trochę słodkie akcenty, podkręcone beczką i stosunkowo zbita struktura, to zupełnie nie moja stylistyka Cabernet Franc. Brakło w nim troszkę wojowniczości i zieloności, zbyt grzeczne i ułożone mi się zdało.

Wracając do bieli i do pierwszych kropel naszej podróży. Miało być tylko wstępniaczkiem, zaproszeniem do dalszych wędrówek. Może nie okazało się winem wieczoru, ale było naprawdę smaczne i udane – Chardonnay 2013 od Bujdoso Horgony znad cieplutkiego Balatonu. Jak nie lubię tego szczepu, zwłaszcza w beczkowo-maślanych interperetacjach, tak ta świeżość i całkiem niezła kwasowość współgrały w kieliszku harmonijnie. Z owoców dominowały cytrusy, podkreślające zwiewny charakter tego wina, a nawet delikatnie piekąca goryczka w końcówce naprawdę dodawała mu charakteru.

Niezobowiązujące, leciutko bujające się na falach chardonnay. Przyjemnie nad tym Balatonem.

Niezobowiązujące, leciutko bujające się na falach chardonnay. Przyjemnie nad tym Balatonem.

Warto od czasu do czasu zarezerwować sobie bilet na taką winiarską przejażdżkę w Swoszowicach, tak blisko z Krakowa.

W degustacji uczestniczyłem na koszt własny.