Subiektyny miniprzewodnik po winach z Walla Walla

W regionie Walla Walla w stanie Waszyngton znajdziecie mnóstwo światowej klasy win, opartych przede wszystkim o szczepy bordoskie oraz Syrah. W poprzednim materiale przybliżyłem Wam dwie wytwórnie Amavi Cellars i Pepper Bridge Winery, gdzie wina wychodzą spod ręki Jeana François Pellet. Ten materiał poświęcony jest szerszemu spektrum winiarni, na które koniecznie trzeba zwrócić uwagę szukając win z Walla Walla.

Budynek jednej z najciekawszych posiadłości, zlokalizowanej w południowej części Walla Walla – Va Piano Vineyards.

W regionie, który skupiony jest przede wszystkim na czerwonych winach, znajdziecie również całkiem niezłe wina białe. Nie będzie to Riesling, czy Chardonnay, ale Sauvignon Blanc, często z dodatkiem Semillion (typowy blend bordoski) oraz Viognier. Stylistyka miejscowego Sauvignon Blanc, moim zdaniem, plasuje się gdzieś pomiędzy surową, skalistą Loarą, a rozbuchaną, intensywną Nową Zelandią. Wina te są czyste, wpadające w aromaty tropikalne, często ich ostre kanty są zmiękczone poprzez dodatek Semillion albo niewielki udział beczki. Zawsze dobrze zbalansowane i nieprzesadzone w żadną stronę, dają wytchnienie w gorące dni w Walla Walla.

Moja propozycja kulinarna do tego Sauvignon Blanc – miejscowe mule, do nabycia na targu Pike Market w samym centrum Seattle.

Bardzo dobrym przykładem takiego Sauvignon Blanc jest wino z winiarni Va Piano. Co ciekawe, w jego przypadku nie wspomagano się dodatkiem Semillion, ale delikatnym i umiejętnym zastosowaniem neutralnej beczki. Ocenę tego wina, jak również propozycję food-paringu z mulami znajdziecie na filmie poniżej:

Winiarnia Va Piano, ma oczywiście znacznie więcej do zaproponowania, niż tylko wspomniane Sauvignon Blanc. Na prawdę dobrze spróbować u nich Syrah. I to zarówno w wersji podstawowej Syrah 2013, z szeroko rozumianej apelacji Columbia Valley, jak również wersję Single Vineyard z rocznika 2013, pochodzącą z bardzo poważanej winnicy Les Collines. Syrah niezwykle skoncentrowany i gęsty, delikatnie ocierający się o aromaty rosołu, z całkiem fajnymi taninami, któremu jednak daleko do czekoladowo-eukaliptusowych tonów australijskiego Shiraza.

 

Wracając do win białych, to najlepsze wino ze szczepu Viognier próbowałem u Marka Rayana. Niezwykle aromatyczny, z nutami brzoskwini oraz owoców tropikalnych, jednocześnie nieprzesadzony. Bardzo dobra kwasowość i spora dawka przyjemności przy tym winie. Mark Rayan w zasadzie nie prezentuje słabych pozycji, wszystkie próbowane przeze mnie wina spokojnie można zaliczyć do ścisłej czołówki regionu. Wild Eyed 2014 to 100% Shiraz, w którym przeplata się owoc (porzeczka) i pieprz. Bardzo eleganckie wino, swoim charakterem bardziej zbliżone do północnego Rodanu, niż Australii.

Piękny kupaż GSM (Grenache, Syrah, Mouvedre) z rocznika 2014 znajdziemy w butelce Numbskull. Wino strzeliste, wertykalne, w żaden sposób nie męczące swoim ekstraktem i owocem.

Porównywalnej klasy wino to Crazy Mary będące w 100% Mouvedre 2014. Nuty śliwkowe i wygładzone taniny nadają winu aksamitności, ale żywa kwasowość nie pozwala się nudzić i w tym przypadku sprawia że wino jest zdradliwie pijalne.

 

Gęsty i mineralny Syrah znajdziecie w portfolio Saviah Cellars.

W zasadzie te dwie winiarnie Va Piano i Mark Rayan obok wspomnianych już w poprzednim materiale Amavi Cellars i Pepper Bridge stanowią najjaśniejsze w moim odczuciu punkty w regionie Walla Walla. Poza nimi warto zwrócić szczególną uwagę na Saviah i ich Syrah Stone Speak 2012. Bardzo mineralne, wręcz słone wino, gęste, taniczne, podparte ciemnymi owocami. Nie do pominięcia jest również L’Ecole No. 41 – winiarnia zlokalizowana w zabytkowym budynku szkoły.

Wypuszczają niezwykle szeroką gamę win, a degustacje odbywają się w urządzonej ze smakiem „szkolno-winiarskiej” bibliotece. Wina są eleganckie, mniej krzykliwe. W ich portfolio spodobało mi się wino określne jako Estate Parigee 2013, które jest blendem Cabernet Sauvignon z Merlotem, Cabernet Franc, Malbekiem i Petit Verdot. Winogrona pochodzą z Seven Hills Vineyard (bardzo znana winnica w okolicach Walla Walla), a wciąż młodziutkie wino pełne jest aromatów ziemistych, mokrych liści, wyostrzone wyraźną, choć szlachetną taniną.

Z wielkich i znanych nazwisk, koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o ekscentrycznym i utalentowanym winemakerze Charlesie Smithie. Jego wina przewijały się już przez bloga, zresztą poświęcony zostanie mu osobny materiał, a wina z Charles Smith Winery dostępne są również w Polsce.

 

Typowa winnica w okolicy Walla Walla. Łagodne wzgórza, obsadzone winoroślą i bardzo gorący klimat – dojrzałość owocu gwarantowana.

Winami z Walla Walla ciężko się znudzić. Zarysowałem zaledwie drogę do drzwi kilku winiarni godnych odwiedzenia w tym regionie. Koniecznie spójrzcie dokładniej na tamtejsze etykiety, zwłaszcza jeżeli zamiast ogólnej AVA Columbia Valley pojawiają się nazwy słynnych winnic takich jak: Seven Hills, Les Collines, Pepper Bridge, czy też Blue Mountain. Samo też miasteczko Walla Walla żyje i tętni enoturystyką. W centrum znajdziecie przyjemne kajpki, niezłe winebary i bardzo szeroką ofertę związaną z degustacją win, a także zwiedzaniem pobliskich winnic i winiarni. 20 lat temu, kiedy do Walla Walla przyjechał JeanFrançois Pellet , tego wszystkiego nie było. Teraz Walla Walla w niczym nie ustępuje, jeżeli chodzi o swoją ofertę i możliwości, od Napa, czy też Willamett Valley. Pod wieloma względami jest dla mnie bardziej interesującym miejscem, również jeżeli chodzi o ludzi, szczere, proste relacje i klimat towarzyszący winiarskim spotkaniom.

Winny Wtorek 03.11.2015 – amerykańska ikona Fumé Blanc.

Jednym z mitów założycielskich amerykańskiego winiarstwa zdaje się powstanie wytrawnej, beczkowanej wersji Sauvignon Blanc butelkowanej i sprzedawanej jako Fumé Blanc.Tak się szczęśliwie złożyło, że mój pobyt w USA zbiegł się czasowo z wyborem tematu zaproponowanego na Winny Wtorek 03.11.2015 (więcej o tej inicjatywie tutaj). Bo czym innym jest Fumé Blanc, jak nie beczkowaną, dojrzewającą na osadzie wersją Sauvignon Blanc, powstającą przede wszystkim w Kalifornii. Początki tej historii sięgają lat 60-tych poprzedniego stulecia i decyzji najbardziej wpływowego, amerykańskiego winiarza-wizjonera, czyli Roberta Mondavi’ego. Trochę historii Fumé Blanc, a także degustację świetnego przedstawiciela współczesnej interpretacji tego stylu, znajdziecie w materiale wideo poniżej:

NIe da się ukryć, że jest to wino łączące w sobie niezłą aromatyczność, całkiem złożoną. kremową strukturę i świetny nerw, świeżość i mineralność.

Metryczka wina:
Nazwa wina: Fume Blanc
Szczep: Fume Blanc (Sauvignon Blanc)
Producent: Ferrari – Carano
Region / Kraj: Sonoma County, California, USA
Rocznik: 2014
Alkohol: 13,8 %

Wpis powstał w ramach inicjatywy Winne Wtorki. Źródło wina – zakup własny (Savi – Atlanta).

Pozostali blogerzy w następujący sposób przyjrzeli się beczkowanym winom z odmiany Sauvignon Blanc:

1. czerwone czy białe - nowozelandzkie Sauvignon Blanc na bogato

2. nasz świat win - zawędrowali do Górnej Adygi w poszukiwaniu SB znad osadu

3. italianizzato - odkrywał uroki niemieckiej wersji Sauvignon Blanc

4. kobiety i wino - sięgnęły po loarską klasykę

Amerykański sen – USA vs. Canada

Przeglądając „Kurs Wiedzy o Winie” Kevina Zraly’ego zawsze fascynowały mnie rozdziały opisujące winiarstwo w Ameryce Północnej. Zraly, uważany za jednego z najlepszych edukatorów w kwestii wina, posiada bardzo amerykocentryczne podejście, co zresztą, z jego punktu widzenia jest zrozumiałe. W Polsce dostępność win spoza Europy – tzw. Nowy Świat nie jest najgorsza. Ameryka Południowa, Australia, Nowa Zelandia, czy RPA są całkiem nieźle reprezentowane. I to zarówno w wersjach budżetowych (marketowych), jak i premium, a przede wszystkim w całym bogactwie uczciwie wycenionych butelek na półkach sklepów specjalistycznych, czy winebarów. Natomiast wina z USA, czy też Kanady, to już zupełnie inna historia. Oczywiście na rynku polskim, jak najbardziej dostępne jest w każdym sklepie osiedlowym i na każdej stacji benzynowej Carlo Rosi, najpopularniejsze kalifornijskie wino. O tym, dlaczego nie warto tego wina próbować było już na blogu tutaj.

Drużyny USA i Kanady poprowadzili przez tą degustację specjaliści: wina Roberta Mondaviego – Jerzy Skałka (Partner Center), wina kanadyjskie – Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

W degustacji, która odbyła się 7 sierpnia, w Magazynie Wina w Krakowie zmierzyły się ze sobą dwa różne stylistycznie światy z Ameryki Północnej. W lewym narożniku tytułu championa broniły wielokrotnie doceniane wina z USA, które sygnowane są nazwiskiem najsłynniejszego na świecie producenta win – Roberta Mondaviego. Naprzeciw słonecznej Kalifornii, w prawym narożniku, prezentowały się dumne wina z wbrew pozorom, wcale nie takiej chłodnej Kanady. Zdecydowanie miały przewagę liczebną, wzmocnioną obecnością dwóch ice wine’ów (win lodowych). Jednak, nie uprzedzajmy faktów.

Do Krakowa licznie przybyli zawodnicy zarówno z USA, jak i z Kanady. Na szczęście nie zabrakło win białych i lodowych w ten ciepły, sierpniowy wieczór.

O wielkości i genialności Roberta Mondaviego napisano całe tomy. Był wizjonerem, który potrafił porwać całą rzeszę ludzi, narzucić dużemu regionowi styl powstających w nim win. Bez jego udziału nie byłoby także genialnej pozycji, jaką jest Opus One (jedno z najlepszych i najdroższych win świata). Mam również bardziej osobiste skojarzenia z winami Mondaviego. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z degustowaniem wina, parę ładnych lat temu jedną z pierwszych, świadomie wybranych butelek, był popularny Woodbridge. Marka win, która może i niczego nie urywała, ale w zamyśle Roberta Mondaviego miała być codziennym, dobrym winem dla Amerykanów.

Tym winem można się zachwycić. Kosztuje, nie mało. Polecam, jeżeli chcecie poznać bardzo dobre Cabernet Sauvignon z Kalifornii.

Z białych zawodników w degustacji USA vs Canada Mondavi wystawił Twin Oaks Chardonnay 2013. Seria Twin Oaks w swej idei jest zbliżona właśnie do Woodbridge, codzienne, przystępne wino (również cenowo). Wszystkie cechy beczkowego Chardonnay były wyczuwalne i nawet wkomponowywało się to jakoś w całość materii wina. Jednak wino było krótkie, zdecydowanie zbyt szybko się o nim zapominało, smak urywał wręcz momentalnie. Najbardziej obawiałem się kondycji Pinot Noir 2012 z wyższej (podstawowej) linii Mondaviego, czyli Privat Selection. I słuszne były te moje obawy, winu nie pomogło nawet podanie w odpowiedniej, czyli niższej temperaturze. Słodkie, odbeczkowe nuty przykryły całą, potencjalną finezję Pinot Noir, której chyba nie było zbyt wiele w tej butelce. Na szczęście kolega Zinfandel 2013, z tego samego pułapu Privat Selection uratował sytuację. Oczywiście w tej cenie, nie spodziewajcie się u Mondaviego fajerwerków, które znajdziecie w Seven Deadly Zins, jednak jest to bardzo przekonująca interpretacja tego najbardziej kalifornijskiego szczepu na świecie. Ziołowy, tytoniowo-paprykowy nos może się podobać, wino zaleca się również umiejętnie wkomponowaną beczką, co przy lekkiej, trochę nawet zwiewnej strukturze wina, jest sporym osiągnięciem. Zawodnikiem wagi ciężkiej, po którego sięgnęła drużyna z USA, był Cabernet Sauvignon 2010, oznaczony jako Napa Valley (oznacza to oczywiście słynną miejscówkę w Napa, z której pochodzą winogrona). Wino całkiem tęgie, chociaż tych solidnych 14,5%, w ciepły, sierpniowy wieczór, nie czuć w nim ani trochę. Jak dla mnie jest to Cabernet Sauvignon ustrzelony w punkt. Sporo w nim charakterystycznej porzeczki, przypraw, pieprzu, czerwonych owoców. Z czasem wychodzą dymne niuanse i wyraźniejsza staje się czereśnia. Taniny są gładkie, a beczka tylko zarysowana subtelną wanilią. Wino w żadną stronę nie jest przesadzone. Można by go podawać jako referencyjne dla tego szczepu, robionego w USA. A pomimo tej harmonii, w żadnym wypadku nie wydaje się nudne, wręcz przeciwnie, nad kieliszkiem można byłoby spędzić cały wieczór.

Porównanie położenia geograficznego regionów w Kanadzie z europejskimi krajami winiarskimi. (zdj. z http://winecountryontario.ca/).

Po takiej zagrywce, ze strony drużyny Mondaviego, po przerwie, przyszedł czas na zaprezentowanie się zawodników z Kanady. Wszystkie wina pochodziły od producenta Lakeview Cellars, który uprawia winorośl w regionie Niagary (niedaleko jeziora Ontario). Z winami kanadyjskimi miałem już wcześniej do czynienia w ramach targów Prowein 2015 w Dusseldorfie. Smakował mi zwłaszcza Vidal i Cabernet Franc, które powstały w winnicy Coyote’s Run. Dowiedziałem się wtedy również jak błędne jest przekonanie o mroźnej i nieprzyjaznej Kanadzie, podczas, gdy zielony pas uprawy winorośli w tym kraju oferuje warunki geograficzne zbliżone do Bordeaux. Nie było to więc moje pierwsze spotkanie z winiarską Kanadą, ale nie ukrywajmy, importer Best Canadian Ice Wine to jest jedyny importer win kanadyjskich do Polski. Na Prowein wystawcy kanadyjscy nie wyrażali większego zainteresowania eksportem win do naszego kraju.

Wróćmy jednak do pojedynku Mondavi vs. Lakeview Cellars. Jako pierwszy zawodnik w barwach Kanady, zaprezentowało się beczkowane Chardonnay 2013 z budżetowej wersji Benchmark. Dobrze skrojone, dość gęste, ze sporą dawką aromatów pochodzących od beczki. Klasyczne i zarazem bez rewelacji. Kolejną bielą, która chciała się przypodobać, był Sauvignon Blanc 2013 (z wyższej półki tego producenta). Ładne i rześkie, z liśćmi porzeczki, mineralnością na języku i dość surową stylistyką. Na pewno lepsze niż poprzednik, chociaż troszkę drogie. Bardzo skutecznym napastnikiem w mojej ocenie okazał się kupaż Cabernet (Sauvignon i Franc) oraz Merlot 2012, znów z podstawowej linii Benchmark. Lekkie wino, które moim zdaniem sprawdzi się świetnie do jedzenia. Fajna, wyważona kwasowość, troszkę nut drewnianych i warzywno-łodygowego rysu. Czuć, że nie poskąpili tam Cabernet Franca. Owoc wydawał się troszkę schowany, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Natomiast czysty Cabernet Sauvignon 2012, z serii premium, totalnie mi się nie podobał. Co więcej, podchodziłem do tego wina na 2 razy, no bo dałem mu drugą szansę, w końcu z medalami przyjechał, niech ma. Kwasowość sztuczna, jakby wzięta bezpośrednio z butelki z napisem acid. Z owoców wiśnia, troszkę dymnych i od beczkowych wątków, które nijak się w tym winie nie spinały. Wolałbym wrócić do poprzednika.

Jako zwieńczenie wieczoru, przedstawiły się dwa wina lodowe (ice wines). Dla Kanady równie naturalne, jak klasyczne eiswein’y dla Niemiec. Co więcej, ostatnimi czasy ciężko jest zrobić wino lodowe w Niemczech, również nad Mozelą. Ciepłe zimy nie pozwalają przetrzymać gron na -7 stopniowym mrozie, co jest warunkiem koniecznym, aby otrzymać skoncentrowany, bogaty i esencjonalny trunek. Tak więc wielkość produkcji win lodowych w Ameryce Północnej przewyższa z pewnością tych produkowanych w Niemczech. Na pierwszy ogień poszedł ice wine ze szczepu typowego dla Kanady, hybrydowego Vidal 2013 (Lakeview Cellars). Jeszcze młodziutki, ale z fajnym, petrolowym zacięciem. Sporo aromatów i smaków migdałów, orzechów, suszonych owoców, gęstość likieru oraz to co najlepsze przy tak wysokiej słodyczy resztkowej – całkiem niezła kwasowość. Dzięki temu, wino jest mega pijalne, aż żal, że Kanadyjczycy butelkują je w pojemnościach 200 ml. Na sam koniec pokazał się ice wine ze szczepu Cabernet Franc 2011. Pierwszy raz miałem okazję próbować wina lodowego, z czerwonej odmiany. Malinkowy, ultra delikatny kolor, a w nosie aż zakręciło mnie od truskawek, dżemu i powideł. W ustać czuć ciężar gatunkowy i ogrom cukru resztkowego. Ciągnie się w nim długi posmak poziomki i podwędzanej śliwki. Z tych dwóch win lodowych, Vidal z pewnością jest bardziej przystępny i pijalny, Cabernet Franc ciężko zdegustować więcej niż kieliszek, za jednym posiedzeniem.

Czerwony Ice Wine (Cabernet Franc) – poważna sprawa.

Ciężko ogłosić jednoznacznego zwycięzcę tego amerykańskiego pojedynku. Z całą pewnością Cabernet Sauvignon 2010 z Napa Valley to wino kompletne i wykończone w najdrobniejszym szczególe. Polecam je zwłaszcza w związku ze zbliżającym się International Day of Cabernet Sauvignon, który wypada 27/28 sierpnia (zależnie od przesunięcia czasowego). Na pewno pojawią się wtedy na blogu degustacje CabSa i jakieś informacje na temat tej najpopularniejszej czerwonej odmiany Vitis Vinifera.

Natomiast kanadyjskie wina lodowe to również wyroby wyjątkowe, robione ze szczepów niespotykanych w tego typu produkcji w Europie. Czuć w nich zarówno kunszt winiarza, jak i nowo-światową swobodę interpretacji tego klasycznego dla słodkich win stylu.

Degustacja w Magazynie Wina (w Krakowie) cieszyła się sporą frekwencją. Do rzadkości należą, jednak degustacje win z Ameryki Północnej.

Wina Roberta Mondaviego przedstawiał Jerzy Skałka (Partner Center), natomiast wina z Kanady prezentował Cezary Blangiewicz (Best Canadian Ice Wine).

Degustowałem w Magazyn Wina na koszt własny.

BYOB w Krakowie #4 – Sauvignon Blanc

Od pewnego już czasu działa nad Wisłą nieformalna grupa winopijców, którzy spotykają się w ramach Bring Your Own Bottle w Krakowie (BYOB). Zabawa znana od dawna, polegająca na przyniesieniu butelki wina spełniającego zadany wcześniej temat. Każdy z uczestników ma inne winiarskie doświadczenie, są wśród nas importerzy, blogerzy, właściciele winebarów, szeroko rozumiani ludzie z branży. Oczywiście łączy nas zafiksowanie na punkcie wina, a dzieli, nie tylko punkt spojrzenia na wino, w roli sprzedawcy, recenzenta, czy też miłośnika, ale również i przede wszystkim winiarskie gusta i guściki. Do tej pory odbyły się 4 spotkania BYOB w Krakowie. Ojców założycieli odnajdziecie na poniższym zdjęciu (nie wszystkich oczywiście).

Pierwsze spotkanie nieformalnej grupy BYOB w Krakowie (Wine Concept).

Gościliśmy w Wine Concept z tematyką dowolną, zawitaliśmy do Il Calzone z Pinot Noir, spotkaliśmy się też w Stoccaggio, aby spróbować polskich bieli. Tematem ostatniego spotkania było Sauvignon Blanc w nowym, krakowskim miejscu – Magazynie Wina.

Sauvignon Blanc kojarzy się przede wszystkim z dwiema interpretacjami – chłodną, kamienistą, pełną niuansów Loarą (Francja) i buchającą aromatami, egzotyczną Nową Zelandią. Pomiędzy tymi światami istnieje całe spektrum, jakie można uzyskać z tego szczepu, ale o tym później. Spotkanie BYOB w Krakowie odbywa się w formule degustacji w ciemno. Bezsprzeczną zaletą takiego podejścia jest niesugerowanie się renomą producenta przy ocenie win, wadą – dość przypadkowa kolejność serwowanych próbek. Zazwyczaj, każdy z nas, wybiera butelkę dostępną raczej na półce, znaną sobie (chociaż są wyjątki), taką, którą chciałby zaimponować pozostałym gościom. Trzeba też liczyć się z tym, że są to etykiety raczej ekonomiczne, nie przekraczające wartości 100 zł (są wyjątki), ale też nie schodzące w głąb marketowej nicości.

Zadziwiająco sporo butelek, które próbujemy podczas BYOB w Krakowie okazuje się trafionych. To taka ogólna konkluzja, ale podczas tych 4 spotkań było kilka egzemplarzy korkowych i tyle samo zepsutych win. Również panel Sauvignon Blanc nie był od tego wolny. Na 9 butelek 3 okazały się zdecydowanie za stare i nie pijalne, albo na granicy akceptowalności.

Totalną klęską okazał się Lafoa z Alto Adige, rocznik 2011, w wersji Magnum (!!!), którego potencjał starzenia oceniano na co najmniej 8 lat. Równie słaby był również inny włoski zawodnik Polencic 2012 (Collio). Troszkę lepszy, choć o milimetry, ocierający się o granice pijalności okazał się austriacki Eitzinger 2011 (Langenlois). Nasze rozczarowania jednak nad kondycją tych win, nie były bezcelowe, lecz wielce edukacyjne. Odkryliśmy, że Sauvignon Blanc umiera w aromatach kiszonej kapusty z grzybami. Oczywiście tylko i wyłącznie taki, który starzeć się nie powinien, nie dotknięty beczką, słabo skoncentrowany, lekki.

Pozostałe wina, były już bardziej zróżnicowane – lepsze lub gorsze, ale pijalne. Na uwagę zasługuje z pewnością Cuatro Rayas rocznik 2014 (Rueda), głównie ze względu na stosunek jakości do ceny. Jest to wino, jak najbardziej ekonomiczne i zupełnie nie rozczarowujące w tym kontekście. Tylko czemu ono smakuje tak nowoświatowo? Kolejną europejska propozycją idącą w stronę intensywnych aromatów agrestu i liści czarnej porzeczki okazało się ocenione dość wysoko przez wszystkich (poza mną – mam zdanie odrębne) Sauvignon Blanc 2014 z Palatynatu (producent Fitz-Ritter). Wniosek: starokontynentalne interpretacje tego szczepu idą w nowozelandzkim kierunku. Dość świeży był też Trumpeter 2014 z argentyńskiej Mendozy. Zdecydowanie zyskał pozytywne oceny za aromat, natomiast w smaku dobiły go już troszkę nuty beczkowe – wanilia. Ciałka mu nie brakowało.

Dość kontrowersyjnym winem okazał się Sauvignon Blanc 2012 z Martinborough, który wyszedł z winiarni Ata Rangi. Siedlisko było dość nietypowe jak na nowozelandzkie Sauvignon Blanc. W nosie dominowała papryka z dodatkiem słodkich, lekko miodowych nut. Z czasem, rzeczywiście wychodził w ustach bardziej kojarzony z tym szczepem agrest i mniej schematyczny mus malinowy. Byli tacy, których taka wizja Sauvignon Blanc odrzucała kompletnie, innym smakowało. Na pewno nikogo nie pozostawiło to wino obojętnym. Osobiście spodziewałem się po nim troszkę więcej, zwłaszcza, że to ja przyniosłem tą butelkę. Bardziej klasyczne było wino Shorn 2014 z Marlborough. Pachnące trawą, kocimi siuśkami, agrestem, brzoskwinią i wszystkim tym, czego szukamy w dobrym SB z Nowej Zelandii. Do tego ta mineralność i kościstość w ustach zdecydowanie spasowała wszystkim uczestnikom.

Pewnie Nowa Zelandia wygrałaby z Europą, gdyby nie wyciągnięty zawodnik z Węgier. Prosto spod Budapesztu, z winnicy Kertesz pochodził 7-letni Sauvignon Blanc (rocznik 2008). To wino zmieniło zupełnie reguły gry, gdyż ono nie smakowało i nie pachniało szczepem SB, ale za to było świetnym winem (także w kontekście swojej ceny). W kolorze złociste, z aromatami miodu, lipy, pieprzu. W smaku zdecydowanie czuć lekko szypułkowy charakter, bardzo dobrą strukturę, sporo ziół, gruszek. Wino jest nie tylko długie i intrygujące, ale zmienia się w czasie (na korzyść). To tylko dowiodło o plastyczności Sauvignon Blanc, który z umiejętnym użyciem beczki (7 miesięcy) oraz wypuszczeniem na rynek w momencie optymalnym daje niezwykłe rezultaty.

Piękne i złożone. Etykieta wydaje się kreślona w piwnicy. To wino w zasadzie straciło charakter szczepu, z którego jest wykonane.

Jedyne czego mi zabrakło podczas tego niezwykle pouczającego spotkania to win francuskich. Nie pojawiło się żadne Pouilly-Fume, czy też Sancerre. Nie uświadczyliśmy również Fume Blanc, czyli hamerykańskiej klasyki.

Następne spotkanie BYOB w Krakowie będzie dotyczyło Viognera. Postanowiliśmy także zaopatrzyć się w starannie wybraną butelkę wzorcową, która pozwoliłaby odnieść się do jakiejś klasyki, podręcznikowego przykładu.

Dziękuję wszystkim za uczestnictwo. W spotkaniu BYOB Sauvignon Blanc w Krakowie brali udział:

Tomek Wagner (Wine Concept / Magazyn Wina) – gospodarz

Kamil Jedynak (Magazyn Wina) – gospodarz

Monika Włosińska (Pimiento)

Lesya Onyshko (Po prostu wino / Kobiety i Wino)

Bożena Dragosz (Vinners / Kobiety i Wino)

Tomek Fijał (Stoccaggio / Z winem na ty)

Marcin Pierożyński (Hybridium / Zakładka /Il Calzone)

Maciek Piątek (W tango z winem)

Szymon Rzeźniczek (Dolina Mozeli)

Zawarte w tym tekście opinie nt. próbowanych win są moimi własnymi, chociaż w większości wypadków pokrywały się z opiniami pozostałych uczestników.

3 Wooly Sheep Sauvignon Blanc 2013 New Zealand

Butelkę z trzema bardzo kudłatymi owieczkami na etykiecie widziałem już jakiś czas temu u kumpla, który wtedy odgonił mnie od niej mówiąc, że to na inną okazję. Ponieważ  ostatnio taka to okazja się trafiła i zostałem poczęstowany tym właśnie winem. W czym rzecz, 3 Wooly Sheep jest rasowym Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii. No białe jest, ale toż to nie riesling. Ale przecież obiecywałem, że klapek na oczach mieć nie będę i kaganek winnej kultury będę rozszerzał także poza wąskie, strome, mozelskie stoki. Rzeczywiście muszę przyznać, że owieczki w swojej kategorii cenowej, czyli nowozelandzki sauvignon do 50 złociszy robią swoje. Klasyka nasuwa się sama – trawa i kocie siuśki, wino bardzo się pręży, jest ostre od pierwszego do ostatniego łyku. Gdzieś tam pałęta się jeszcze świeża limonka i agrest. Całkiem długie i przyjemnie ściągające sauvignon. Wiadomo jak ktoś pił mnóstwo win tego typu to stwierdzi… mhh nudne, ale jak dla mnie jest coś urzekającego w tej butelce. Nie mówiąc już o samej szacie graficznej etykiety, jak na zalew rynku przez nudne i bezpłciowe wyroby z serii „grafik płakał jak projektował”, to ta jest dla mnie mistrzostwem świata. Producent zawartości tej butelki też nie jest przypadkowy, bo to Lawson’s Dry Hills, jedna z bardziej nagradzanych Nowozelandzkich posiadłości z kultowego już Marlborough. Co prawda, na stronie internetowej winiarnia nie przyznaje się do wypuszczania takiej linii, ale to tylko świadczy o jej klasie, skoro bardzo smaczne wino traktuje tylko jako podstawowe, a chwali się innymi brandowanymi już jako Lawson’s Dry Hills, Lawson’s Dry Hills Reserve, The Pioneer i Mount Vernon. Sama winiarnia została założona w 1992 roku przez Ross i Barbare Lawsons w posiadłościach ciągnących się wzdłuż Alabama Road. Marlborough stało się sławne ze względu na Sauvignon Blanc i jego charakterystyczny, ostry jak żyleta profil, ale Lawson’s wypłynęło przede wszystkim na świetnym Gewurtztraminerze. Obecnie uprawia się tam jeszcze Rieslinga (koniecznie muszę spróbować), Chardonnay, Pinot Gris oraz bardzo dobrego Pinot Noir zarówno w wersji klasycznej jak i rose. Zresztą nowozelandzkie winiarstwo od lat już rozwija się dynamicznie i chyba wcale nie zamierza wyhamować, warto zwrócić uwagę na wina z tej części świata, choć często nie są to tanie produkty.

Etykieta 3 kudłate owieczki, jak dla mnie wypas pośród tego morza nudnej i oklepanej winiarskiej grafiki.

Etykieta 3 kudłate owieczki, jak dla mnie wypas pośród tego morza nudnej i oklepanej winiarskiej grafiki.

3 Kudłate Owieczki polecam, jeśli ktoś szuka dobre, nowozelandzkie sauvignon, do tego w przystępnej cenie i wie czego od takiego wina należy oczekiwać. Jeśli jednak szukacie czegoś nietypowego w tym szczepie, albo nawiązującego do innej tradycji winiarskiej to raczej będziecie zawiedzeni.